poniedziałek, 28 grudnia 2009

Róż z kokardkami na zakończenie roku...

bije po oczach, co? trochę może niepoważne;) ale lubię różowy kolor. Kokardki też. I mam do nich skłonności. Nobliwe są jak mi to kiedyś J. powiedziała;)
Mam cos z dziecka chyba. Ale zachciało mi się czegos weselszego i czegos co lubię, więc mam.

Mam za sobą najgorsze swięta w moim życiu.
Najtrudniejsze, najsmutniejsze. Ciężko było udawać przed rodziną, że wszystko w porządku, skoro nie jest.Nie złożyłam prawie nikomu życzeń - nie umiałam się w tym wszystkim odnaleźć. Nie miałam ochoty na radosne telefony i życzenia "wesołych świąt" skoro po policzkach nieustannie mi łzy kapały, wesoło mi nie było. Ale mam to wszystko za sobą, uffff.
A moja mama znów okazała się najkochańszą osobą na świecie. Widziała, że coś się dzieje niedobrego, ale ani przez sekundę nie okazała żadnych emocji w tym kierunku. Zdolna z niej aktorka swoją drogą.

W domu mamy obecnie sytuację pt. "dwa do przodu jeden w tył". Jak już jest jakiś progres, to później znów jakiś marazm dopada mojego męża. Niemniej jednak od powrotu męża osiągnęliśmy m.in. to, że się przytula,że mówi "kocham", choć nie za często i ... zwykle na moje zapytanie. Przećwiczyłam na Nim już najróżniejsze metody oddziaływania - skuteczna jest jedna - im bardziej go ignoruję, tym on bardziej się mną interesuje.
Proste jak drut, jak mózg faceta. Wszystkie "mąrde" książki, z których różną wiedzę posiadłam o tym piszą. Ale żeby babka do tego doszła i potrafiła wdrożyć też potrzeba czasu, cierpliwości i zawzięcia. I wtedy się okazuje, że to wcale nie jest takie proste. Jak mózg babki;)

.. ale tę metodę muszę sobie utrwalać na bieżąco. Bo jak raz zadziałała i się poczułam lepiej, zaczęłam go na nowo "osaczać" i tym sposobem mam znów krok w tył. Przypadł on mi na święta właśnie. Ciężko mi było znieść fakt, że po kilkunastu dniach całkiem dobrej komunikacji mój mąż znów stał się kukłą. Siedemdziesięcioma dwoma kilogramami miękkiego ciała bez wyrazu. Doprowadzało mnie to do szału, takiego szału, że dziś myślałam, że otworzę szafkę i wytłukę wszystkie szklanki. I stał się cud. Przecież w moim klubie fitness znów są zajęcia pomyślałam, nie ma świąt.. Wróciłam jak nowa. 60 minut wyłączonego mózgu, wyskakanego stresu w rytm ulubionej muzyki. Uzależniłam się od tego, to jest pewne, ale jeśli tak to na mnie działa, to mogę być uzależniona.
Po trzech dniach nieustannej domowej męczarni wkroczyłam znów wyprostowana z "bananem" na twarzy, aż mąż uniósł głowę znad książki. Mówiłam, cud;)

Na szczęście w tym lepszym czasie zdążyliśmy zaplanować czas Sylwestrowy.
Nie nadajemy się na radosną zabawę, ale siedzenie w domu to też zły plan.
Jedziemy więc na narty, witamy Nowy Rok na Stoku. Strasznie się cieszę.

30 grudnia wyjeżdżamy. I 30 grudnia mija 10 lat jak jesteśmy parą. Jak dziś pamiętam, jak po pierwszym roku mój m., a ówczesny chłopak powiedział: powinniśmy co roku liczyć na nowo,
żeby zawsze było świeżo. Nie wdrożyliśmy tego. Może tym razem? Może to dobra
okazja na Nowy Początek?

Kończę. To już zbyt długi wpis...
... ale pewnie będzie to ostatni w tym roku, więc... choć kiepska jestem w życzeniach to:
Na Nowy Rok wszystkiego, co najlepsze Wam wszystkim:)
Niech każdy dzień będzie szczęśliwy, słoneczny i dobry.
Podczytywaczkom "polującym na jajka" dodam jeszcze "i płodny", a każdy test z dwiema kreskami ;)
Joanno - Tobie dziękuję za prowokację do pisania, lubię to:)

Pa, do napisania :)

sobota, 5 grudnia 2009

Alien

ON
Wrocil... okolo miesiac temu.
Jest ciezko. Walczymy. Czuje sie jakbym miala w domu aliena.
Jakby mi nagle ktos meza podmienil.
Jakiez to jest wszystko trudne. Malo rozmawiamy. Malo czulosci, choc od tygodnia zaczal sie przytulac w nocy.
Nie potrafie tego zaakceptowac. Jak w okamgnieniu moglo wszystko tak rabnac. Tak drastycznie sie zmienic. Ciezko jest nawet to wszystko opisac.

ech..

JA
a ja jestem nowa. Poczawszy od tego, ze schudlam pod jego nieobecnosc 7 kilo. To zasluga "nicniejedzenia" przez przerwsze 2 tygodnie, zacisnietego zoladka przez kolejne dwa, a pozniej rozsadnego odzywiania i fitnesu dla zabicia czasu 3-4 razy w tygodniu. Okupiona lekka anemia, ktora juz mam opanowana w miare.

Po hormonach, ktorych sie najadlam w wiadomum Celu wazylam ile wazylam, noszac rozmiar 42. Teraz osiagnelam wage sprzed slubu, mieszczac sie w rozmiar 36.
Wolalabym w inny sposob osiagnac samozadowolenie, ale stalo sie jak sie stalo.
Choc z "Nim" czuje sie srednio, to ze soba doskonale. Jestem znow sprezysta, czuje sie super, jestem pewniejsza siebie, przestalam chorowac.
Fitnes i rozsadne gospodarowanie czasem pozwolilo mi nie zwariowac, a cala sytuacja spowodowala, ze zmienilam sie jako kobieta i czlowiek nieziemsko. Wydoroslalam, zmienilam tok myslenia, schematy zachowan i postepowan. I milion innych rzeczy...

MY
O dziecku nie ma mowy rzecz jasna. Nawet o tym teraz nie mysle.
Mysle na razie o nas. Odbylam trzy wizyty u psychologa (na ostatniej pani powiedziala szczerze, ze na tyle trzezwo stapam po ziemii i jestem tak silna, ze nie ma na ten moment "materialu do obrobki", zatem wizyt zaprzestalam, sama tez juz nie czulam potrzeby placic 100 PLN za potwierdzanie wlasnych mysli); Poza tym przeczytalam 7 "madrych ksiazek" nt zwiazkow, duzo rozmawialam z przyjacilem plci meskiej. Niedlugo otworze poradnie dla par z problemami plodnosciowymi i kryzysami malzenskimi;) W czym mnie zycie jeszcze doswiadczy? Przyjmuje juz tylko dobre rzeczy. Pojemnik na negatywy sie na razie zapelnil.

I czekam az moje zycie wroci do normy. Wroci, ja to wiem.

niedziela, 20 września 2009

egzamin z wytrzymałości

Walka o dziecko, strach, płacz... mija rok
walka, strach, płacz.. mija drugi...
walka, strach.... płacz mija trzeci
płacz, płacz i płacz. I walka o małżeństwo.

W ułamkach sekundy walnęło wszystko jak podrzucona bomba. Nieoczekiwanie. Nieprzewidzianie, z dnia na dzień, nie wiadomo skąd i dlaczego i jak ... nic nie wiadomo.
10 lat związku, udanego by się wydawało. M. nie wytrzymał presji i pękł.
..Twierdzi, że kocha, że potrzebuje czasu na uporządkowanie siebie, mam czekać. Odpoczywa, wziął urlop ode mnie. A ja ... ja każdego dnia umieram i rodzę się... brak mi tchu... i znów umieram i rodzę się podłączona pod respirator z nadziei... i tak w koło. Tak ciężko nie było mi od śmierci taty 15 lat temu.

Los nie jest dla mnie zbyt łaskawy ostatnimi czasy. Zdaję właśnie kolejny egzamin z wytrzymałości.

Pamiętajcie dziewczyny, żeby w staraniach o dziecko nie umknęło Wam staranie o siebie.

środa, 19 sierpnia 2009

miesiąc dla mnie

Ciężki był ostatni piątek. Grałam bohaterkę, bo wydawało mi się, że taka silna byłam ostatnie dni. A guzik! Są chwile, kiedy po prostu nie da się, nie chce się, a może wręcz nie powinno się być twardzielką, kiedy trzeba wypłakać to, co męczy...
W piątek pojechaliśmy w góry, dopóki był jakiś wysiłek fizyczny i coś się działo, było ok. Jak tylko siedliśmy choć na chwilę łzy lały się strumieniami. Nie obchodziło mnie, czy jest to pełen ludzi szlak czy knajpa. Chciało mi się, to płakałam. Mąż tylko wyszeptał "a popłacz sobie" i cierpliwie podawał chusteczki.

A później z każdym dniem było lepiej i sucho na twarzy. Wzięłam się w garść.
Trzeba walczyć dalej, bo przecież mam do zrealizowania nasze największe marzenie, nasz plan, nasz cel. Ale potrzeba mi chwilę przerwy. Muszę odetchnąć, bo nie mam pewności co zarządzi na następny cykl mój organizm, a chwilowo nie mam siły na kolejną porażkę, jeśli taka miałaby być. Ten cykl odpuszczam. Muszę się ogarnąć, żeby coś zrobić wreszcie z przegraną 0:2... Zresztą pewnie i tak będę mieć jajniki pełne torbieli - po dwóch pęcherzykach miałam, to co dopiero teraz po ostatniej "bąboladzie". W czwartek się przejdę na kontrolnego uesa i mam miesiąc dla siebie. Miesiąc, w którym ja rządzę moim organizmem, nie on mną. O!

ps. dzięki dziewczyny - jak zawsze jest mi miło, że wpadacie z wirtualną wizytą:) a Grono się powiększa, to jest jeszcze milej:)
ps 2. Kamila, jak u Ciebie?

niedziela, 16 sierpnia 2009

... nie zdążyłam

Szok po drugiej nieudanej IUI jest mniejszy. Za to żal, smutek 1000 razy większy,
a i w głowie milion znaków zapytania...


Nie zdążyłam nawet zrobić testu. Zabrakło jednego dnia.

:(

czwartek, 13 sierpnia 2009

niech już będzie sobota...

a jednak będzie jeszcze coś...

dwa dni temu mój "dotychczasowocyklowy" spokój się nieco z(a)burzył...
im mniej czekania, tym gorzej to znoszę. Od 2 dni źle śpię, wariuję z niecierpliwości.
I powoli przestaję się łudzić, że się udało... wstałam dziś z moimi znienawidzonymi dolegliwościami - lekkim pobolewaniem brzucha i bólem w odcinku krzyżowym. Zwykle oznacza to jedno - nadchodzący okres. Do tego kłucie w jajnikach i potworny ból piersi (tym razem przesadziły, aż tak to nigdy nie było, ale po tych dawkach hormonów wszystko możliwe).
Czekam tak czy siak cierpliwie do soboty i zrobię test... jak zdążę przed tą małpą...
I tak na zapas już mi jest trochę przykro. Ale jakby co - płakać będę dopiero w sobotę.
Jutro wyjeżdżamy, wracamy w niedzielę, więc będzie mała odskocznia.

Niech już będzie sobota, niech już wiem na pewno...

piątek, 7 sierpnia 2009

Następny post...

Weekend - cudownie!
Mam się dobrze. Miniony tydzień przeleciał mi przez palce. W aspekcie czekania powiem, że to wspaniale. A że to najważniejszy aspekt, to dodam, że doskonale;)
Najbliższe 8 dni też mam zapełnione po brzegi. Weekend weselno-zabawowy - bosko;) A od poniedziałku w pracy będzie na pewno intensywnie, czyli tak jak lubię;) A i po pracy też, bo jutro przyjeżdża moja mama i zostaje do czwartku. Mam nadzieję, że się nie pozabijamy, tyle dni razem, łomatkobosko;) A w piątek ruszamy na lekko wydłużony weekend. Nie wiem dokąd, pewnie coś spontanicznego. W zasadzie jest mi obojętne gdzie i co, byle razem.
W sobotę za tydzień test. Nie planuję tym razem uskuteczniać cyrku z betą. Kupię cokolwiek w aptece, co jest w stanie pokazać mi moje dwie krechy i dopiero później pójdę się potraktować igłą jak będzie taka potrzeba.

...Następny post już będzie z wynikiem. Aż by się chciało powiedzieć z dobrym........ ;)

środa, 5 sierpnia 2009

Pozytywne "nie" :)

Inny to cykl niż wszystkie poprzednie. Zresztą kto czyta, to wie:) poziom lamentowania i marudzenia znacznie mi się obniżył, i to bez leków;) (jednak można coś 'bez' u mnie;) ).

Czekam cierpliwie. Nie tupię nogami, nie doszukuję się psikusów organizmu. Nie bęczę. Nie boli mnie brzuch i nic złego mi nie jest. Luteinę biorę w standardowej, zaleconej przez lekarkę dawce 2x2. Nie zwiększam jej w wyniku paniki. Nie lamentuję na myśl, że może się nie udać. Bo jak nie tym, to następnym razem. Przecież wszystko u mnie w środku jest już poukładane (ze wspomagaczami, ale zawsze... ). To pozytywne "nie". Negatywne "nie" - jako skutek po tej ilości leków nie-mieszczę się w ulubione spodnie;) Ale to tylko napisałam dla kontrastu, żeby nie było podejrzane, że tak mi dobrze;) Poza tym.... albo niebawem znów zrzucę to, co zbędne, albo (daj Boże) przez najbliższe 9 m-cy i trochę po, nie zmieszczę się w nic. Marzę o "się-w-nic-nie-mieszczeniu" ;)

Poza tym już środa. To dobry wynik, za trzy wstawania półmetek;)

niedziela, 2 sierpnia 2009

2 tygodnie

Za 2 tygodnie test. Wczoraj miałam drugą inseminację.
Ponieważ jak zastygłam emocjonalnie jakiś czas temu i tak trwam w tym do dziś, nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Dodatkowo też dlatego, że poprzednio miałam dodatkowy stres czy urosną pęcherzyki i czy pękną. A tym razem p0o dobrych wynikach z "wtedy" przyjęłam to za pewnik i ograniczyłam się do pytania "czy się uda", którego też nie zadaję sobie za często.
Na 9.45 miałam być w klinice, udało mi się zaspać i spóźnić 15 minut. Przechodzę samą siebie!
Tak czy siak, czekały na mnie 2 pęknięte pęcherzyki, 1 właśnie pękał i jeden się szykował.
Od dziś 2 x dziennie luteina i czekam. Mam nadzieję, że w tej mojej znieczulicy nie zapomnę jej przyjąć. Ale nadal podtrzymuję, że ten "stan" jest o wiele lepszy, niż schizowanie.
Nawet nie chce mi się dziś więcej pisać, choć parę rzeczy się jeszcze zdarzyło w międzyczasie.
Czas spać. Tydzień zapowiada się intensywnie, weekend też nie został zmarnotrawiony, więc muszę odpocząć.

czwartek, 30 lipca 2009

czekam

Byłam na kontroli - wczoraj, dziś też. Zwiększona dawka gonalu ładnie zadziałała - tym razem mam w brzuchu istną bąboladę. Chyba po 5 pęcherzyków po każdej stronie, ale takie sensowne są w sumie 3-4. Dziś ostatni zastrzyk - ovitrelle i w sobotę rano IUI.
Po raz pierwszy w tym cyklu "udało" mi się zeschizować (to w porównaniu do poprzednich i tak dobry wynik). Bo dojeżdając do domu obliczyłam, że IUI 38 godzin po zastrzyku i czy aby o 2 nie za późno... Pogłupkowałam z dobrą godzinę, upuściłam kilka łez i znów jest ok. Przecież nawet jak one pękną chwilę wcześniej, to na pękniętych też się robi inseminację.
Tak więc motywuję swoją głowę by się trzymała dzielnie w górze i czekam.

Ma być dobrze!

poniedziałek, 27 lipca 2009

zapodziana dawka

Narzekałam, że zastrzyki nie bolą i podejrzane to? no, to dziś igła prawie pękła, a wbić się nie chciała. Z bólu, a właściwie z przerażenia wystrzeliłam pod sufit. Ale zastrzyk zrobiony, za drugim podejściem.
Niestety... zastrzyk "niepełnowartościowy", z dwóch jednostek, a nie trzech jak powinno być... Bo pierwsza seria była na wykończeniu, a ja z tego mojego zakręcenia-osłupienia czy jak to nazwać (nie puściło) nie wykupiłam recepty, o 19 już było za późno na dokupienie. Trudno, myślę, że nic się nie dzieje, jak wśród 15 jendostek jedna się zapodziała.
Ech, co się ze mną dzieje?! Takich numerów to jeszcze nie było...

sobota, 25 lipca 2009

znieczulenie

Nic się nie zmieniło. Nie otwieram kalendarza, nie notuję, który jest dc i nie wpisuję leków, które przyjęłam. Nadstawiam się bezmyślnie do zastrzyków, które podejrzanie nic nie bolą. One w ogóle mało bolą, bo strzykawka ma mikroigłę, ale wczoraj gdyby nie kliknięcie automatu, myślałabym, że nic nie zostało wstrzyknięte. Muszę się chwilę zastanowić zanim określę który mam dc, i nie mogę odtworzyć kiedy lekarka kazała przyjść na kontrolę - wtorek czy środa? Nie wiem.
Coś mi jest?
Dopadła mnie znieczulica psychiczna i fizyczna?
Rzekłabym, może to i dobrze, bo lepiej się czuję taka.
Ciekawe na jak długo. Ale niech trzyma mnie jak najdłużej.

czwartek, 23 lipca 2009

"Prowokacja" Iwony:)

No tego jeszcze nie było - dwa posty w jeden dzień i to po deklaracji, że dość pisania na dziś.
Ale "sprowokowała" mnie Iwona swoim komentarzem do poprzedniego wpisu i mnie natchnęło... ;)

Po pierwsze - za każdym razem jest mi bardzo miło, jak się ktoś ujawnia, że mnie podczytuje.
Mam wtedy poczucie, że nie jestem tu zupełnie sama. A nie ma uczucia z forum, że tonie się w milionach postów, gdzie wszyscy są razem, wspierając się przez najbliższe 5 linijek wystukanych na klawiaturze i to by było na tyle. A tu, "u mnie" to tak, jakbyście wpadały na wirtualną kawę;)
Aż się ożywiłam;)

Po drugie - czytałam ten artukuł http://wyborcza.pl/1,81388,6829305,Dziecko_rodzi_sie_w_glowie.html

I z pewnością jest coś na rzeczy. Myślałam niejednokrotnie o psychologu, ale uznałam, że to będzie wyjście na później. Choć wiem, że nad emocjami powinnam popracować. I to nie nad tymi, które mnie dopadają w kwestiach ciążowych, tylko nad tymi, które rządzą moim życiem na codzień. Nerwus ze mnie przeokropny, no i to dążenie do perfekcjonizmu i wieczne poczucie, że jeszcze mam tyle do zrobienia... czytałam ten akapit trochę jakby o sobie. I jeszcze parę rzeczy by się znalazło...

Jak rozumiem Tobie Iwona się udało? A czy to Ty zamieściłaś info o artykule na forum? Bo jeśli tak, to Twoje poczynania też śledziłam. Choć prawie nigdy się nie odzywam na forach.

No, to teraz już dość na dziś. Jakoś mi się tak lepiej zrobiło na koniec dnia, w duszy mi się rozświetliło. I na dokładkę dwie ogromniaste tęcze, tęczuchy wręcz, za oknem. Boskie. Może takie na szczęście, jakby powiedziała moja mała chrześnica;)

Ach, i skoro znów tu jestem, to dopiszę, że jestem po pierwszym zastrzyku. Wolę kłucie z automatu gonalu, wstrzykiwanie odbywa się delikatniej niż w przypadku puregonu.

I od nowa

Wszystko zgodnie z planem. Była kontrola, było usg, droga wolna, więc startujemy z gonalem.
Dziś 3 dc i 1 zastrzyk.

A zobojętnienie nie puściło. Na spokojnie przyjęłam info, że torbiele się wchłonęły. Gdyby było inaczej też bym to dziś przyjęła spokojnie. Gonalu dostałam większą dawkę 112,5 (poprzednio było 0,75), żeby wyhodować więcej pęcherzyków. No i dobrze, niech rosną, im więcej tym lepiej.

I chyba nic więcej nie chce mi się pisać na ten temat. Dziś nie.
Idę się nadstawić do igły.

wtorek, 21 lipca 2009

Spoiwo

Jestem znudzona. Znudzona, zmęczona, odrętwiała.
Może winien temu jest dzisiejszy pierwszy dzień cyklu. Może. A może to moja wrodzona nienawiść do monotonii.
W czwartek muszę iść na kontrolę. I traktuję to w kategorii "muszę", nie "chcę", nie po prostu "idę". Zmuszam się, bo mam Cel. Mamy, my, mój mąż i ja.
Ale znów to samo od początku. Nawet nie chce mi się o tym pisać. Zresztą po co. Wystarczy "przekartkować" bloga nieco wstecz i będzie to samo. Przynajmniej do jakiegoś momentu, na tym etapie. Jakby to Adaś Miałczyński powiedział "dupa z pisaniem... (...)"...

Dobrze, że to jak dotychczas jedyna do bólu zaplanowana, zorganizowana i monitorowana sprawa w moim życiu. Bo ja owszem, lubię mieć wszystko poukładane, dopracowane, ale pod warunkiem, że mam na to wpływ. Że to, co robię jest uporządkowane, a nie podporządkowane.

Na szczęście reszta mojego życia toczy się z moim "udziałem". Poza najważniejszym Celem mam dwa mniejsze na najbliższy czas: egzamin na przysięgłego i własna galeria. Choćby na początek internetowa. I tu przynajmniej wiem, że to, co dam z siebie zaowocuje. A dam. I zaowocuje.

A te moje dwa życia - uporządkowane i podporządkowane (choć powinnam w pierwszej kolejności wymienić podporządkowane ze względu na wagę...) łączy wspólna cecha - upór w dążeniu do celu. Uff, więc jest jakieś spoiwo, które mnie trzyma przy siłach:)

poniedziałek, 20 lipca 2009

cisza i nic

Dawno mnie tu nie było. Ale też nie działo się nic ciekawego.
Wyjazd służbowy rzeczywiście był wampirem energetycznym. Chyba ani razu nie pomyślałam o moich sprawach. I dobrze.

A teraz nie dzieje się nic. Skończyłam obżerać się tabletkami antykoncepcyjnymi w czwartek. Powinien się powoli zaczynać nowy cykl. Ale się nie zaczyna. Cisza.
Nie idę więc na kontrolę, nie wykupuję recepty za tysiąc złotych i nie pompuję hormonów. Nie odliczam dni cyklu, nie chodzę na "uesy", nie martwię się o pęcherzyki i II fazę, nie robię testu. Chwila spokoju. Chwila ciszy. Potrwa pewnie jeszcze maksymalnie 1-2 dni. Trzeba zbierać siły na dalszą walkę. Wmawiam sobie, że ją mam i staram się utrzymać stan obojętności jak najdłużej...

środa, 8 lipca 2009

Huśtawkowy "off"

za 3 godziny wyjeżdżam. Nic takiego, delegacja. Ale jest wokół niej tyle zamieszania, że już zaczynam odłączać mózg od hormonów. I dobrze. Wyjazd z pewnością mnie zmęczy, ale odpocznę od moich codziennych myśli. Na początek zajmuję głowę tym, czy zdążę na wszystkie pociągi. O 18 muszę być na miejscu, pan w międzynarodowej kasie PKP sprzedał mi bilet tylko do Berlina i z B. do Lipska. "na resztę pociągów regionalnych nie mam kodów" rzekł. Doskonale, bo ja mam po 8 minut między każdym pociągiem (a będzie ich 4!), więc na pewno wystarczy czasu na odstanie jeszcze kilku minut przy kasach... wrrr! no ale nic. Jest jeszcze opcja biletu u konduktora. Tyle, że ja mam zboczenie organizacyjne i lubię mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, pod samą szyję, tak aż do przesady. Choć może to taki początek zaprawki... skoro mam mieć dziecko, przy którym nie da się wszystkiego zaplanować.... ;)

No to pora włączyć huśtawkowy "off". Tak więc zmykam.

poniedziałek, 6 lipca 2009

W poszukiwaniu porządku

Przeszło mi. Trochę... ale lepiej, że trochę, niż tkwić w narastającym agresorze.

Ale bycie kobietą pełną niespodzianek, zgodnie z definicją mojej pani doktor, zobowiązuje. Więc psychicznie mam się lepiej, za to fizycznie niekoniecznie. Mam 12 DC, jestem na antykoncepcji - boli mnie brzuch tak jak w ubiegłym miesiącu i cały czas plamię. Dlaczego? Tego nie wiedzą pewnie nawet moje jajniki.
Nie mam siły nawet się tym denerwować. Olałam to za przeproszeniem i nawet nie zamierzam dzwonić do lekarki po poradę/wyjaśnienie. Przeczytałam ulotkę dot. tabletek, jest to wpisane w skutki uboczne, więc zakwalifikowałam to do tej kategorii, choć jak znam mój organizm ma inny powód ku temu. A ja mu oświadczam, że nie interesuje mnie to. Mam dość. Sięgam powoli granicy mojej wytrzymałości na ten moment i nie chce mi się tym stresować.
A czas na najbliższe dni mam tak zapełniony, że mam nadzieję nie mieć kiedy myśleć o moim osobistym bałaganie hormonalnym.
Dziś mam do skończenia tłumaczenie, jutro po pracy pan do zepsutej pralki, książka do przeczytania, pakowanie, bo w środę ruszam w delegację. Wracam w piątek w nocy, w sobotę rano jadę na imprezę do rodzinnego miasta, wrócę w niedzielę wieczorem i czeka mnie aktywny tydzień po miesięcznej nieobecności szefa. A jak się owy tydzień skończy to zamierzam mieć okres, "czyste" jajniki i móc znów pompować w siebie imponujące dawki hormonów. Aż by się chciało dodać "i wyhodować dwa piękne pęcherzyki, ucelować inseminacją, 'zaskoczyć' i nosić w brzuchu bliźniaki" ;) zachłanna jestem, wiem. Ale jak pomyślę, że miałabym tak walczyć o kolejnego potomka, to godzę się nawet na trójkę naraz. W przeciwnym razie moje dziecię będzie jedynakiem tak jak ja, bo drugi raz tego wszystkiego nie przetrzymam.

No to rozplanowałam niechcąco dwa tygodnie. Chociaż na zewnątrz jakiś porządek...

czwartek, 2 lipca 2009

Wstyd

Dopadło mnie coś. Coś niedobrego...
Mogę wszystko zwalić na te cholerne tablety. Mogę się zastanawiać, czy mi się z głową coś nie dzieje. Mogę się nie zastanawiać w ogóle "dlaczego". I wybieram tę trzecią opcję.
Cały ten tydzień naszpikowany był serią wieści mnie drażniących. Zaczęło się od wspomnianej opowieści kolegi z pracy. Ok, jakoś to przetrawiłam.
Wczoraj spotkałam koleżankę. W rozmowie Pyta prosto z mostu "a Wy kiedy?", więc dla świętego spokoju przełamałam się i odpowiadam "nie wiem, nie zawsze jest tak, jakby się chciało". Na co ona: "oj, biedna Ty. Moim znajomym też się nie udało. Poddali się, a drudzy adoptowali i są same problemy z tym dzieckiem". Wracałam do domu cała wściekła i rozżalona. Czasem w opdowiedzi na takie reakcje mam ochotę być wulgarna jak nie ja i powiedzieć "a wsadźcie sobie w d... te "pocieszenia" ". Dotychczas się jednak opanowywałam. Na szczęście.
Na to wszystko wieść o narodzinach córeczki kuzyna. To ich drugie dziecko. Zamiast się ucieszyć, że dzieciak zdrowy i wszystko ok, to mnie szlag trafił, że oni uporali się już z drugim, a my wcale... Wstyd mi za to. Poleciały mi łzy i bynajmniej nie z radości. Wstyd, wstyd...

Po tym wszystkim odbieram maila - powiadomienie, że mam wiadomość na NK. Zajrzałam tam pierwszy raz od baaaaaardzo dawna. A tam co? Cała strona główna pełna małych łysych główek. Plaga jakaś. Wszyscy są jakoś tak cholernie płodni. Za oknem wrzeszczą dzidziory sąsiadów, w pracy za ścianą rośnie kolejny brzuch. Tak mnie to drażni, tak mnie to wkurza, tak mnie to irytuje.

Czuję, że to we mnie wzbiera, narasta, a jednocześnie nie mogę dać temu upustu "oficjalnie". Bo wstyd mi za siebie, że w ogóle tak myślę. Strasznie wstyd.
Wiec uzewnętrzniam się tu. Bo muszę coś z tym zrobić, żeby się lepiej poczuć, a to jedyna dla mnie właściwa forma. Tu jestem anonimowa. Więc jak zostanę uznana za niezrównoważoną, to w dalszym ciągu anonimową...
Ach, wybacz Joanno - dla Ciebie jestem całkiem znajoma. I pewnie zaraz zadasz pytanie, czy Twoja L. też mnie drażni. Nie, Ona nigdy.

Ale oświadczam, że będę walczyć do skutku, nie zamierzam się poddać, żeby nie wiem co. Nawet, jeśli będę się tak ekstremalnie huśtać jak dziś.

A tymczasem, w oczekiwaniu na odpowiedź na moje ostatnie ogłoszenie wzięłam się ostro za naukę do egzaminu na tłumacza przysięgłego. Wyznaczyłam sobie dzienne dawki wiedzy i wypełniam maksymalnie wolny czas. Mimo wszystko zdrowiej zająć głowę opisem postępowania karnego, wyrokiem w sprawie rozwodowej czy... decyzją w sprawie ustanowienia zarządcy współwłasności nieruchomości ;) to ostatnie to moje ulubione na dziś;) a jak brzmi w języku obcym!

wtorek, 30 czerwca 2009

Ogłoszenie

Po chorobliwym wręcz odliczaniu, kontrolowaniu, sprawdzaniu, monitorowaniu mam trochę "spokoju". Mój czas to wprawdzie nie godziny, dni, miesiące, a cykle.. ale tym razem niczego się nie mogę spodziewać, więc nie otwieram o poranku nerwowo kalendarza i nie patrzę który to właśnie dc. Jest mi to obojętne.
Nie jest mi jednak obojętne co dalej, a myśli mam różne... ogarnął mnie strach jakiś i myśli złe i niefajnie się z tym czuję. Zeszłotygodniowy stres wychodzi ze mnie każdą częścią mojego ciała, wyładowuję się na mężu, mamie i wszystkich, którzy w niedalekiej odległości mnie otaczają. Ryczę właśnie, "bo mąż nie oddzwonił i nie powiedział, o której wróci z pracy". To ja w moim najgorszym wydaniu, znielubionym przez siebie i bliskich. Pewnie się do tego jeszcze dołożyła opowieść kolegi z pracy o znajomych, którym się nie udawało i nie udawało i mieli inseminację i 2 in vitro i nic i się decydują na adopcję. Wiem, że on to bezwiednie zrobił, bo nie wie przez co przechodzę, ale "siekło" mnie. I taka jestem od tych kilku godzin przydepnięta. Boję się, że nam się nie uda i zostaniemy sami. U nas adopcja nie wchodzi w grę. Mój mąż nie chce nawet o tym rozmawiać, bo po pierwsze nie dopuszcza opcji pt. "nie uda się", a po drugie - jak dziecko to tylko nasze i żadnych innych kombinacji.

......niech mi powrócą lepsze myśli, bo źle mi przestrasznie. Tłumaczę sobie, że przecież tyle możliwości mam niewykorzystanych, ale coś nie mogę wskoczyć na właściwy tor.

W kółko to samo. Góra, dół, góra, dół, góra.... . Monotonia.
Może powinnam zamieścić gdzieś ogłoszenie "zamienię DC na TC. Pilnie!"... może Jakieś Siły odpowiedzą na nie.

piątek, 26 czerwca 2009

Balon

Jestem po kontroli u lekarza. Szłam z przekonaniem, że to formalność. Ale nie. Mój organizm miał dla mnie kolejną niespodziankę. Niespodziankę w postaci balona na prawym jajniku. Skąd do cholery wzięła się ta torbiel? w dodatku po prawej stronie, gdzie pęcherzyk pękł? musiała wyrosnąć po owulacji. Więc na miesiąc antykoncepcja, żeby to wyczyścić i jak będzie dobrze, to w następnym cyklu start.

Nie wiem już co mam o tym wszystkim myśleć. Jak ja mam się nastawić optymisycznie, jak dopiero co to zrobiłam i proszę. Prezent, bonus, niespodzianka. Dla stałej klientki jajnikowych atrakcji. Gratis taki. Niech to szlag.

I nie martwi mnie to czekanie do następnego cyklu. Czekałam 2,5 roku, poczekam jeszcze tyle, ile będzie trzba. Tylko zastanawiam się, co jeszcze? co jeszcze się zdarzy? Nie ma tu jakiegoś limitu? No bo do cholery, taka "chojność" losu tylko dla mnie? Czyż to nie jest lekka przesada?

czwartek, 25 czerwca 2009

Problem nr 4

Otrząsnęłam się. Pozbierałam.
Ale ciężki to był wtorek... Dla nas obojga.
Mąż tak się zapierał, że nie ma stresu, a jak szliśmy po wynik (uparł się, że idziemy razem) to się blady nagle zrobił i zamilkł aż do momentu mojego wyjścia z laboratorium. Później ryknęłam... postaliśmy na parkingu, aż się trochę ogarnęłam i rozjechaliśmy się z powrotem do pracy.
Siadłam przed komputerem, łzy mi się zbierały co kilka minut, ale trzeba się było trzymać, bo za chwilę do przeprowadzenia dwie rozmowy kwalifikacyjne. Odbębniłam je. Z wyrzutem sumienia, że może za mało się dowiedziałam o tych dziewczynach i może niewłaściwą decyzję podejmę, ale wtedy zależało mi na tym, żeby załatwić to, co ma swój termin i "prysnąć" do domu. I prysnęłam... pobeczałam jeszcze trochę i padłam jak mucha.

Dziś 1 dzień nowego cyklu. Jutro kontrolne usg i jak wszystko będzie ok, to w sobotę startujemy znów z zastrzykami. Trochę mi to poprawiło humor, że nie trzeba długo czekać na kolejną próbę. Jeśli jutro wszystko będzie ok, to mam nadzieję spokojnie przebrnąć przez cały cykl. Jajniki reagują na stymulację - pęcherzyki rosną, pęcherzyki reagują na "dopalacze" - pękają, druga faza reaguje na wspomaganie - i nie ma 'niedomagania', a stworki z ogonkami na 6.
Więc! mówię sama do siebie: już się nie ma co zamartwiać na zapas, tylko trzeba czekać na efekt, skoro podłoże przygotowane. Myślę sobie, że zdrowi ludzie, przy próbach we własnej sypialni, też nie od razu trafiają... Chciałabym, żeby mi się taka postawa utrzymała. Ale rzeczywistość jak zwykle to zweryfikuje. Ja, nadworny nerwus i stresor zbyt gładko nie mogę przejść przez te tematy;)

Oczywiście nie byłoby tego wszystkiego, tych mozolnych starań, tych wyrzeczeń, cierpienia, badania krwi co miesiąc, garści tabletek, zastrzyków i niedrożnego jajowodu i laparoskopii i bloga tego by nie było.... gdyby Pani Rokita wystąpiła w TV ze trzy lata wcześniej. Pojechalibyśmy wtedy na urlop, pogadali (bo my tak w milczeniu przez te lata) i z pewnością owulacja by powróciła do normy, a jajowód by się udrożnił. Tylko, Posłanko Rokito, my gaduły jesteśmy, i jakbyśmy się tak zagadali, to jeszcze zaczęłabym owulować 24 na dobę 7 dni w tygodniu i co wtedy jakbyśmy się tacy megapłodni stali? Kto wychowałby i utrzymał te wszystkie nasze dzieci? Jednak musi Pani jeszcze coś dopracować, ale z pewnością jest Pani na właściwym tropie.

No nic, rozpisałam się, a tu czas "pogadać, porozmawiać, usiąść razem, zjeść kolację", w końcu ten cykl ma być owocny... ;)

http://www.tvn24.pl/-1,1606833,0,1,nelly-rokita-nie-ma-normalnej-rodziny,wiadomosc.html

wtorek, 23 czerwca 2009

Droga do "bety"

O 7.00 byłam w laboratorium. Powiedzieli, że nie mają odczynnika i wynik na czwartek.
Zły znak pomyślałam. Pojechałam do innego. Zrobiłam Beta-HCG na cito. Wynik na 12.00.
W drodze powrotnej dostałam mandat za prędkość - 3 stówy i 6 punktów. Zły znak, znów pomyślałam, źle dzień się zaczął...

O 12.00 byłam w laboratorium.

Wynik <1

Nie udało się... ;((((((((((((

Zły to dzień...

niedziela, 21 czerwca 2009

Mistrzyni zamartwiania

Zamartwianie - jestem w tym doskonała. Gdyby przyznawali za to jakieś nagrody - triumfowałabym na podium.

Piątek był pierwszym dniem po IUI, kiedy wstałam bez bólu brzucha. Zamiast się z tego cieszyć, zamartwiałam się, czy to nie jest zły znak, czy to nie jest "cisza przed burzą". Wieczorem brzuch zaczął pobolewać znów i od razu było mi "lepiej".

A dziś zaczęłam się zastanawiać - jeśli się nie udało, to dlaczego? i czy przypadkiem mój pęcherzyk nie był pusty? Bez jajeczka? I co ja wtedy zrobię? Mąż spojrzał na mnie porozumiewawczo spojrzeniem nr 8 - czyli: kobieto, stuknij się w głowę i przestań wymyślać. Ale nie powiedział nic.

Nie ma we mnie prawie w ogóle optymizmu. Zamiast cierpliwie czekać , bo i tak nic więcej teraz nie zrobię, to ja kłębię w głowie pesymistyczne myśli pomieszane z pytaniem co będzie dalej jeśli "nie".

Nie chcę już "nie". Mam dość "nie", "pod górkę", "problemy". Dość, dość, dość, dość! Gdybym była z 25 lat młodsza tupałabym teraz nogami. Wrzeszczałabym i tupała. Ale trzydziestolatka już raczej nie tupie i nie wrzeszczy.

ech...

Niech będzie "tak". Chcę już "tak". Tak bardzo chcę...

Zostało już mało czekania. Mój organizm dał radę, druga faza ma dziś 12 dni, zatem cokolwiek by się działo, mieszczę się już w granicach tolerancji. O niedomodze mogę nie myśleć. Zuch organizm.
Ale im mniej czekania, tym bardziej się niecierpliwię. Denerwuję się, chce mi się płakać, chce mi się złościć, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Dziś mi się tak zrobiło.

Ale wytrzymam. TO już niedugo.
Pytanie tylko czy będę płakać z radości czy z rozpaczy. Bo to jest jedyna pewna rzecz, że będę. Woda w okolicach oczu już mi się gromadzi od jakiegoś czasu, więc przy najbliższej okazji uszczelka pęknie...

środa, 17 czerwca 2009

Półmetek?

Połowę mam za sobą - to jedyne, co jest pewne.
Co będzie z drugą połową - czas pokaże. Staram się myśleć pozytywnie, mimo, że samopoczucie bez zmian.

Poza tym nie mogę wyjść z podziwu nad moim genialnym przedwczorajszym pomysłem zrobienia dodatkowych badań. Badań ze strachu przed czymś, co nie nastąpiło. Ja wiedziałam, że hormony mogą spowodować zaburzenia emocjonalne, ale nie sądziłam, że dodatkowo zakłucają myślenie;)
To był pomysł na miarę mnie sprzed conajmniej 2,5 roku, kiedy w temacie problemów z płodnością nie wiedziałam nic i panikowałam w każdej kwestii, reagując właśnie takimi bezmyślnymi i czasem absurdalnymi zachowaniami. No ale skoro pomysł został zrealizowany, to już nie ma co analizować. Że nie wspomnę o wiarygodności wyników... jak może mi wyjść np. właściwy progesteron, skoro dostaję go 300 mg dziennie w tabletach ponad to, co produkuje (mam nadzieję;) ) mój organizm. Dobra jestem, nie ma co. Moje wyniki, na które szczególnie nie czekam odbieram jutro.
Ale przynajmniej mam się dziś z czego śmiać, bo dzień w pracy mnie zmordował - był ciężki i zdecydowanie za długi. Szef wpadł jak rakieta, nieszczęśliwy z jakiegoś bliżej nie znanego mi powodu i skutecznie wyżył się na wszystkich, trzaskając przy tym każdymi drzwiami, waląc pięściami w stół "bo mu się mail nie chce wysłać" i rzucając się na swoim jakże skórzanym fotelu machając krawatem w niestonowanych kolorach agresywnie odbijających się od koszuli. A.... Dziś rano w radio ktoś powiedział, że jak facet ma kiepską twarz, to zakłada rzucający się w oczy krawat... :D
ale.. dość o pracy. Przecież to mój blog huśtawkowy z wiadomym tematem przewodnim:)

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Słońce i krem czekoladowy

to dwie rzeczy, które zawsze, ZAWSZE poprawiają mi humor. Krótkoterminowo. Ale poprawiają. Dziś do południa było słońce. Po południu wciągnęłam ... kilka łyżek nutelli.
Po południu też był zryw zdobycia skierowania na badanie poziomu hormonów. W końcu już ze 4 tygodnie się nie kłułam, czas najwyży;) a tak poważnie - przyszedł czas na zbadanie prolaktyny i h. tarczycy, więc jak już mam się kłuć, to sprawdzę inne rzeczy. Wymyśliłam ich kilka. Trochę to spowodowane tym bólem brzucha... i choć na razie nic poza tym się nie dzieje, to ja już ze strachu, że będą tego jakieś negatywne konsekwencje postanowiłam na zapas sprawdzić poziom innych hormonów, które mogą być przyczyną ewentualnego bałaganu. Tak. Zgadza sie - naczytałam się w sieci różności, choć obiecałam sobie, że nie będę tego robić.

Co jeszcze na dziś? od kilku minut mam rzucawkę patrząc na uzewnętrzniającego się na temat in vitro pana Gowina. Polecam zamiast kawy - doskonale podnosi ciśnienie. Przynajmniej mi.
Z całym szacunkiem Panie Gowin, ale słyszy Pan co Pan mówi? Litości! I Panie Gowin, jeśli sposobem na opieszałość kolegów i w odpowiedzi na brak "kontroferty" jest groźba całkowitego zakazu in vitro to mi już ręce opadają. Dlaczego o takich sprawach decyduje Pan, a nie ci, których problem niepłodności dotyczy?! wrr... ! życzę Panu wielu przemyślanych decyzji. Powodzenia!

Mój 18 dc powoli się kończy. Przetrwałam kolejny dzień. A jutro mija tydzień od IUI.
Czekam na wtorek.

niedziela, 14 czerwca 2009

Huśtawkowo

Czuję się lepiej, chyba zwiększona dawka luteiny i uspokajający telefon do lekarki pomogły.
Ale nadal brzuch pobolewa, mrowienie w piersiach zostało, a ja obsesyjnie się obserwuję. Obserwuję i proszę mój organizm, żeby mi nie robił niczego złego... żebym chociaż wytrwała te 10 dni jeszcze. A później będę myśleć co dalej.

Takie to wszystko wariackie i pokręcone. Wydawało mi się, że jak usłyszę, że "pęcherzyki pękły", pierwszy raz po tak długim czasie, to będzie ok... Ok - w sensie przekroczenia jakiegoś etapu, w końcu... Ale nie przewidziałam jeszcze schodów teraz. I tak strasznie mnie to denerwuje. Taka niemoc, bezradność i zależność od psotliwej natury. Niesprawiedliwe, moim zdaniem. Ale cóż, widocznie tak mi pisane. Będę,w miarę możliwości, cierpliwie czekać i cieszyć się z każdego dnia drugiej fazy cyklu... cóż mi innego pozostało;)

Teraz to mam dopiero huśtawkę... to też trochę wina mojego przewrażliwienia. Bo jak przez 2,5 roku było tylko pod górkę, to jak jest lepiej, to się boję, że się znów popsuje. Nawet teraz pisząc tego posta zawahałam się przed użyciem słowa "lepiej", tak jakby z obawy, że zaraz zapeszę.
Jakby to powiedział jeden mój kolega - "na psychę mi to wszystko siadło" ;) pewnie i siadło.

I na tym kończę 17 DC.... ;)

piątek, 12 czerwca 2009

Obsesja?

dziś mam 15 dzień cyklu. Dziwnie się czuję. Napisałam poprzednio, że teraz 14 dni czekania... a dziś nie wiem czy doczekam aż tylu. Czuję się tak, jakbym niebawem miała dostać okres. Oznaczałoby to tym razem zaburzenia 2 fazy cyklu, ale dlaczego? w końcu pęcherzyk pękł, a hormony mam w normie, dostałam luteinę... A może już schizuję? Może to obsesja? Tak czy siak, odcinek lędźwiowy mnie boli, napięcie w piersiach, nerwowa jestem... boże, błagam, tylko nie zaburzenie 2 fazy cyklu, nie teraz, nie chcę, błagam... żebym chociaż doczekała czasu "za 12 dni", już bez względu na efekt, ale niech się to unormuje.... Co 30 minut biegam do łazienki i sprawdzam, czy nic złego się nie dzieje... zaaplikowałam sobie jeszcze jedną tabletkę luteiny, na wszelki wypadek. Normy dobowej nie przekroczę.
Nie wiem co się dzieje z moim organizmem. Może to po tych wszystkich lekach? Może ja przewrażliwiona jestem?

Nie wiem. Już nic nie wiem:(
Nie chcę, żeby działo się znów coś złego... tak bardzo nie chcę.

środa, 10 czerwca 2009

13 DC

W pracy jakoś czas leciał, dużo się działo. Najgorzej było po.
Wróciłam do domu ok. 17. Miałam 1,5 godziny do wyjścia, trwało to wieczność. Nosiło mnie nieziemsko, pożarłam w ramach usprawiedliwionego stresu, bezkarnie... słoik małej nutelli. Dziś mogłam:) Wyjechałam pół godziny wcześniej, jak na złość w klinice ludzi cała poczekalnia. Przede mną 5 dziewczyn. Czekałam ponad godzinę, choć czułam godzin milion, albo dwa, napady gorąca i zimna naprzemian.... w końcu moja kolej. Szybkie wprowadzenie sondy, widok na prawy jajnik .... lekarka jeszcze nic nie powiedziała, ale ja już widziałam... zniosłam to jajo, zniosłam!!! myślałam, że rzucę się na ten ekran. Lewa strona nie pękła. Trudno, nieważne. Najważniejsze, że pękł chociaż jeden pęcherzyk, że mój oporny organizm płatający figle postanowił się trochę mi poddać. Pomijam fakt, że dopiero co, w trakcie laparoskopii, udrożniony został lewy jajowód, bo prawa drożna strona nie odpowiadała na stymulację. Tymczasem pękłam po stronie prawej, a lewa sobie śpi. Ech, nic to. Po raz pierwszy od 2,5 roku doszliśmy do takiego etapu i z tego powodu jestem najszczęśliwsza. Gdyby nic nie pękło skazana bym była na in vitro, bo lepszych leków już nie ma od tych, które dostałam. Oczywiście brałam to pod uwagę, bo chcę być mamą za wszelką cenę, ale nie ukrywam, że jednak budziło to we mnie "lekkie" przerażenie.
Tak czy siak, wyszłam z gabinetu i ciekły mi łzy z radości. Tyle miesięcy w bezwładzie i w końcu jakiś ruch. Malutki na razie, ale ruch, krok do przodu.

Teraz luteina 2x2 i czekam. Mam kolejny etap przed sobą, 14-dniowy. Mam spokój jak na razie.
Trzyma mnie radość dzisiejszego dnia. Mąż też cały zadowolony.

Emocje mnie dziś wykończyły. Czas spać. Mam nadzieję, że zasnę spokojnie....
bo przed 23.00 jadąc odebrać męża ze służbowej imprezy... zaliczyłam makdonalda. Doskonała pora na wciągnięcie jakże zdrowego i pożywnego zestawu wieśmaka. Ale dziś mi wszystko wolno. Za te nerwy, za ten stres.

wtorek, 9 czerwca 2009

po inseminacji

Już po.
Pęcherzyki czekały - jeden 20, drugi 22 mm, endo 10 mm.
Materiał męża wzorowy - ginka powiedziała, że rzadko im się trafiają takie super wyniki mężczyzny. Moje żołnierzyki;)
Nie obyło się bez przeszkód - mam taką budowę, że ciężko było dotrzeć do celu, ale się udało.
W trakcie przegadałam z lekarką chyba ze 30 minut. Super kobieta z niej. Ekstra fachowa, rzeczowa i do tego taka ludzka i serdeczna. Lubię ją i czuję się spokojna w "jej rękach".

A teraz... teraz czekam na jutrzejszą godzinę 19.00 - usg. To będzie moja chwila prawdy - dowiem się co postanowiły moje pęchzerzyki. I błagam je, żeby pękły. Niech pękną. Niech pękną.... NIEEEECCHHHHH PĘĘĘĘKNĄĄĄĄĄ!!!!
na tym etapie mnie to najbardziej uszczęśliwi....

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Przyspieszamy...

Byłam dziś pierwszą pacjentką w gabinecie.
7.50 usg, moje pęcherzyki miały już 20 i 17 mm (szału nie ma, ale ok), endo też przyzwoite, więc decyzja, że podajemy ovitrelle, rano, zaraz. Oczywiście nie spodziewałam się takiego biegu spraw i nie zabrałam zastrzyku ze sobą. Zadecydowałam, że bliżej do apteki z nową receptą niż 20 km do domu. Miałam wrócić do gabinetu z zastrzykiem.
Ale.. okazało się, że w pobliskiej aptece nie ma tego leku, musiałam jechać do centrum, oddalając się tym samym od gabinetu, a przybliżając do pracy. Bez sensu było wracać przez całe miasto na zastrzyk, zwłaszcza, że na 9 musiałam być już przy biurku. Chwila zastanowienia - sama sobie nie zrobię, w pobliżu żadnej przychodni, poza tym trzeba mieć skierowanie. Telefon do męża... no i pojechałam do niego do biura. Komedia, wpadłam ukradkiem, weszliśmy obydowje do łazienki, szybki zastrzyk, zaraz po nim ukradkiem "zwiałam". Po raz pierwszy śmiałam sie przy zastrzyku, nie było nawet czasu na stres. Mam nadzieję, że nikt nie zauważył naszego "numeru w toalecie" :)

Jutro o 19 inseminacja. Błagam moje pęcherzyki, żeby pękły o czasie... żeby w ogóle pękły...
Dobrze, że po 3-tygodniowej nieobecności miałam na tyle dużo pracy, że nie było czasu na myślenie. Teraz jestem tak zmęczona, że mózg też już ma zwolnione tempo.
Jutro o tej porze już będziemy blisko 'finału'. Pojutrze już powinnam wiedzieć, czy pękły.
48 godzin. Wieczność. Co to będzie... co to będzie. Boję się trochę.
Ale mimo wszystko jestem w miarę spokojna. Przestałam obsesyjnie obserwować swój organizm i zastanawiać się, "czy kłucie w jajnikach onzacza owulację teraz? o boże, żeby nie za wcześnie", "a może owulację nadchodzącą?", "a może jej brak?", "a może nie?", a kto to wie. Ufff czekam. Czekam cierpliwie, nic mi nie pozostaje innego.
W ramach zabawnego przerywnika - przypomniało mi się, jak koleżanka kiedyś powiedziała, że tak bardzo chciała, żeby jej pęcherzyki pękły, że w dniu spodziewanej owulacji ugniatała sobie pięścią brzuch:) Ja tam dałabym się nawet kopnąć w ten brzuch, gdyby to coś pomogło;)

Ech... zmykam. Czas na odpoczynek. Jutro ważny dzień....

I post mi wyszedł wcale nie taki markotny nawet;)

niedziela, 7 czerwca 2009

lekki spadek

I znów się zaczyna moja huśtawka... Staram się trzymać, staram się robić wszystko, co sprawia mi największą radość, stram się nie myśleć, nie analizować. Ale momentami pękam. Wszystko mnie dziś wkurza.

Dobrze, że dziś ostatnie zastrzyki. Te podwójne kłucia doprowadzają mnie już do szału. Mąż robi to wprawdzie super delikatnie, ale zrobiłam sie nerwowa i obniżyła mi się chyba granica bólu i cierpliwości do minimum. Ostatnio się rozbeczałam jak mała dziewczynka, jakby nie wiem co mi robiono. Nie lubię siebie takiej. M. wymyśla nowe sposoby, typu zastrzyk na leżąco, żebym sie tak nie spinała. Stara sie bardzo, a ja go znów młotkiem po głowie. Dobrze, że ma do mnie tyle cierpliwości.


Źle ostatnio sypiam. I boli mnie brzuch. Pewnie to działanie zastrzyków.
Chce mi się płakać. Powstrzymuje mnie tylko obecność męża, na to on nie ma cierpliwości... bo "po co płacz, skoro nie ma powodu". No niby nie ma. Ale.


Jutro kontrola u lekarza. Jadę jeszcze przed pracą. Ciekawe jak się mają moje pęcherzyki.

Jestem zmęczona tym wszystkim. Ale nie będę dziś pisać o obawach. W końcu to 10 DC, jeszcze trochę mam nadzieję przede mną...

piątek, 5 czerwca 2009

Bąbolada... ;)

Piątek, piąty czerwca, nasza piąta rocznica ślubu, dzień na piątkę.

Mąż rano przed wyjściem do pracy mówi: zadzwoń, jak wyjdziesz od lekarza, ciekawy jestem co tam urosło, jestem pewny, że Twoim brzuchu jest bąbolada;) Poczym dodał z rozpychającą go dumą: widzisz, już w końcu kumam, o co w tym wszystkim chodzi! Ach, co ja bym bez tego mojego wariata:)

Jestem po kontroli – aż by się chciało taśmowo powiedzieć: wyhodowałam pięć pęcherzyków;)
Ale nie jestem aż tak zachłanna – zadowalam się dwoma trzynastomilimetrowcami. Jeden po lewej, drugi po prawej. Bardzo się zadowalam. Dostałam jeszcze receptę na kolejne zastrzyki – do poniedziałku i w poniedziałek kontrola. Trochę zamieszania, bo pojedyncze dawki to „pięćdziesiątki” i nie są to już naboje do pena. Oznacza to wersję kombinowaną – w penie mam jeszcze 0,75 zatem do poniedziałku mam 0,25 z pena + 0,50 ze zwykłej strzykawy. Dwa kłucia, ale już trudno. Kupiłam najcieńsze igły jakie były w aptece i jakoś damy radę z moim osobistym pielęgniarzem. Endometrium też nienajgorsze – 6mm na początek może być.

Przyjęłam postawę asekuracyjną. Tak strasznie się boję myśleć co będzie (żeby się nie denerwować, lub ewentualnie nie zapeszyć), że trzymam się wydarzeń bieżących nie wykraczając nawet o jeden dzień w przód. Przyłapałam się na tym jak sprawdzałam dzień cyklu w kalendarzu. Zaznaczam każdy dzień dopiero jak otworzę kalendarz. Dawkę zastrzyku notuję po jego podaniu. Podzieliłam sobie to wszystko na etapy. Na razie doglądam dalej mojej hodowli, zobaczymy co tam ładnego wyrośnie i wtedy będę zajmować głowę dalszym etapem.

A tymczasem zmykam, małż w drodze, zapowiedział porwanie na jakąś rocznicową kolację, muszę się więc troszkę wypacykować. Do poniedziałku!

niedziela, 31 maja 2009

3 dc - nowe działania

Wczoraj byłam na kontroli - po laparo wszystko ok. Zdjęto mi szwy, choć niby rozpuszczalne;)

I ginka mnie zaskoczyła - działamy, nie ma na co czekać. Dostałam receptę na lek do stymulacji i start.
Niestety Gonal wyparował z polskich aptek, przepisała mi zamiennik - Puregon, za 8 stów... no ale cóż. Dostałam CD z łopatologiczną instrukcją obsługi i do roboty. Obsługa pena bardzo podobna do gonalu. Igły równie cienkie, więc będzie bezboleśnie.

I tak oto jestem po pierwszym zastrzyku, w wykonaniu męża oczywiście. W piątek 5.czerwca mam się stawić na kontrolę mojej "hodowli".
I zostawiam temat samopas, że tak powiem. W przeciwnym razie mam szansę oszaleć od rozmyślania uda się - nie uda, a co będzie gdy... itp. Odpoczywam. Zamierzam wykorzystać zwolnienie na porządną regenerację, a niebawem i tak się dowiem co mi tym razem pisane. Mogę co najwyżej w myślach negocjować łaskawość z moim organizmem, mógłby się choć raz podporządkować mi, a nie ja jemu. No zobaczymy. Cierpliwości.

Taki stan na dziś, nie powiedziane, że za kilka dni się nie "bujnę" z nastrojem w dół albo w górę... ;)

środa, 27 maja 2009

Po laparoskopii...

I już po wszystkim.
Wtorek przed to był dzień dodatkowego stresu – kiedy to trzeba było już być w szpitalu, zrobić kilka badań, przygotować się, a później czekanie…
Parę nerwowych łez w środowy poranek, potem już tylko „odlot” w żyłę i pobudka na OIOM’ie. Wiele z tego miejsca nie pamiętam, poza tym, że coś pikało, co chwilę ktoś podchodził, pytał jak się nazywam i spisywał parametry z urządzeń znad głowy i podłączał kolejne kroplówki. Po trzech godzinach przewieźli mnie na salę. Lekko kołowata, trochę obolała, z mdłościami i nowym nabytkiem w postaci trzech dziurek z supełkami – jedna w pępku, dwie poniżej. Zgrabne, nie będzie po nich śladu...
Kolejne trzy dni ciężkie, ruchowe ograniczenie, straszne wymioty i temperatura. W sobotę wyszłam do domu. Po 5 dniach niejedzenia na wadze -3 kilo. Na najbliższe dni dieta.

Ale to wszystko jest nieważne, zupełnie nieważne, ponieważ … udało się udrożnić moją lewą stronę! Przy okazji pani doktor zrobiła mi Elektrokauteryzację jajników, co ma szansę usprawnić pracę moich jajników w aspekcie owulacji. Oby.

Przyznam szczerze nie liczyłam na zbyt wiele, nie oczekiwałam niczego. Fakt, jakąś nadzieję miałam, w przeciwnym razie nie zdecydowałabym się na zabieg. A radość to dla mnie przeogromna i mimo wszystko niespodzianka. Aż się boję cieszyć. Boję się pomyśleć co dalej. Znam dalszy plan działania, mam wszystko omówione z moją panią doktor. Ale mam mega dystans do wszystkiego. Co pomyślę, że jestem w miarę „naprawiona” to przechodzi mi dreszcz po plecach z obawy czy nie schrzani się jeszcze coś. Chyba wolę nie myśleć. Nie chcę myśleć. I cieszę się z podjętej decyzji nie mówienia nikomu o tym, co się ze mną dzieje. Jestem dużo spokojniejsza. Nikt mnie nie dopytuje, nikt nie drąży, nikt nie docieka „co dalej , skoro już po zabiegu”.

Ciekawe swoją drogą co mi przygotował los. Ale czas pokaże.
A teraz jestem w domu do połowy czerwca i odpoczywam. I jest mi tu bardzo, ale to bardzo dobrze:) Czuję się całkiem przyzwoicie. Boli coraz mniej, rany goją się niemalże błyskawicznie. I tak ma być! ;)

PS. Dziękuję za kciuki:)

niedziela, 17 maja 2009

Przed laparoskopią...

Cudowny weekend mam za sobą. Był tak relaksujący, że zapomniałam, że laparo tuż tuż.
Na chwilę... bo po powrocie do domu znów mnie "wzięło".

Po ostatnich napadach stresu schudłam 2 kilo.
Teraz mam się oszczędzać przed zabiegiem i nie "opychać". Nie jest to trudne, bo żąłądek mam już dość zaciśnięty.
Torba spakowana, książka, mp3 i inne czasoumilacze, badania zrobione, szczepienia skompletowane. Chyba niczego nie brakuje. Hyyhhh, brakuje! mój słoń na szczęście, co to ze mną od matury wszędzie podąża, zaraz go dorzucę. Słoń obowiązkowo! ;)
Jutro ostatni dzień do pracy przed szpitalem. We wtorek rano ruszam na izbę przyjęć, w środę na stół. Ten wtorek chyba najgorszy, to czekanie... taki dzień na dodatkowy stres.
Czekam na środę. Dobrze byłoby, żebym poszła jak najszybciej, jako pierwsza na stół, jeśli będzie nas więcej.
Przez chwilę miałam zapał na "dokształcenie" się online w kwestii laparo. Ale .. na szczęście zrezygnowałam. Po co mi to... po co... wolę ten znak zapytania. Wystarczą mi te ogólniki od lekarki. Wiem, że 3 nacięcia, w tym jedno przez mój święty i nietykalny pępek;) (nienawidzę żadnej formy dotyku tego miejsca, a tu dotyk, inwazja i jeszcze szwy. Brrrr.. ;) )
Cieszę się, że będzie narkoza, że "zdrzemnę" się na stole i obudzę po.
Ktoś mi powiedział: nie stresuj się tak, idziesz tam po to, żeby było dobrze.
Prawda, taki jest cel. Ale ja to ja, swoje się nastresować muszę.

To tyle. Napiszę jak będę po laparoskopii. Trzymajcie kciuki w środę.

I jeszcze kilka słów do podczytującej mnie pani doktor:)
dzięki za kciuki i na trokarach (tę nazwę zdążyłam przyswoić z sieci i zaraz po przeczytaniu tego wyrazu zrezygnowałam z dokształcania:) ).
No i kto wie.. świat jest taki mały, może to ta sama sala operacyjna? ;)
To do zobaczenia tak czy siak - jak nie w realu to telepatycznie-wirtualnie:)
pa!

niedziela, 10 maja 2009

baterie...

... podładowane. Urlop cudowny, napedałowaliśmy się jak głupki, było super.
Pogoda w miarę, mało padało, a to już połowa sukcesu:) nawet sobie buzię trochę
przyprażyłam , wyglądam "zdrowiej".

Tylko nie wiem czemu dziś dopadł mnie przedlaparoskopowy stres.
I to nie stres przed samym zabiegiem. Tylko przed efektem.
Nie wiem jaka może być skuteczność, biologia to nie matematyka.
Mogę się zaczytywać w forach, ale co mi to da. Każda z nas jest inna,
każdy organizm jest inny. Ciekawe czy da(m) się udrożnić czy da się
ew. coś naprawić, żeby było lepiej.. żeby się udało.

Miejsca sobie nie mogę znaleźć, nerwowa jestem od stóp do głów:(
Ech, ja to jestem! już nie mam siły sama na siebie. Idę utopić głowę w książce.

poniedziałek, 4 maja 2009

łał!

Szok! Byłam na kontroli - nie ma ani jednej torbieli!!! pierwszy raz od nie pamiętam kiedy.
juhuuuu:) imieninowy prezent od jajników;)

poza tym ginka mnie zaskoczyła. Powiedziała, że trzyma dla mnie inny termin na laparoskopie, skoro na 5.maja nie damy rady, zebym nie czekala do czerwca.
19. maja ide do szpitala....

Początek maja całkiem zaskakujący i pomyślny.
aż mi lepiej:)

A teraz czas na urlop. Jutro nad morze, do niedzieli.
Pogoda do kitu, ale jeśli tylko nie będzie padać, będę
zadodowlona. Rowery już gotowe, sprzęt na konie też.

Czas na reset!

niedziela, 3 maja 2009

1 DC

No i się doczekałam... dziś zaczął mi się okres.
Zdążę więc jeszcze przed wyjazdem nad morze się skontrolować - jutro.
Ciekawe czy znów będzie jakaś niespodzianka torbielowa.
Mam dość. Dziś chyba nie jestem w stanie wykrzesać z siebie niczego
pozytywnego. No dobra - może wyjazd wotrkowy. Na to się cieszę...

Forma spadła mi do zera.

Dzwoniła M. - jest w ciąży. Kwietniowy cykl miałyśmy identyczny pod względem
dat... 2 miesiące temu posłałam ją do mojej lekarki... jest już efekt. Cieszę się, nie będzie musiała przechodzić tego wszystkiego. Ale nie powiem, żeby mnie nie zakłuło w środku. Najzwyczajniej w świecie jej zazdroszczę. Jak każdej innej kobiecie w ciąży. Tyle tylko, że M. jest mi bliską osobą, więc nie trafia mnie szlag. W innych przypadkach niestety tak... że "one są, a ja nie".
Nie życzę tego uczucia żadnej kobiecie. żadnej...

Znów mi jest smutno. Osłabłam emocjonalnie.. :(

sobota, 2 maja 2009

majowo

Pogoda "jak drut" jak mawia moja mama, słońce świeci, humor dopisuje.
Jest ok. No.. w każdym razie lepiej niż było. O niebo lepiej.
I to nie tylko za sprawą pogody, ale i dzięki mojej małej Terapeutce :)
Wczorajsze spotkanie u J. i ich małej Przytulanki miało jak zawsze kojące
działanie. To najcudowniejsze dziecko jakie znam, a bycie "ulubioną ciocią"
wprawia mnie niemal w euforię;) Co się małej naprzytulałam, to moje!

Mam dziś... 28? (chyba) dc i @ jak nie było tak nie ma. Tylko plamienie. I... nerw na otoczenie;)
Więc na laparo 5. maja nie mam szans, bo albo będę plamić dalej albo zacznie się okres.
Wrrr
Poza tym trochę się wkurzam, wzięliśmy wolne na cały przyszły tydzień i nawet nie wiem kiedy będziemy mogli wyjechać, bo 3 dc miałam się stawić na kontrolnego uesa, tradycyjnie w kwestii torbieli i ew. dalszych działań. Siedzę i myślę co z tym fantem zrobić, bo jak cykl zacznę po niedzieli, to kontrola przypada w środku tygodnia i co? Mam siedzieć cały urlop w domu, "bo trzeba iść do lekarza?"
No nieee, ja się staję powoli niewonicą własnego organizmu. Tak być nie może! Tym razem ja podyktuję warunki, a nie on. Muszę kiedyś odpocząć, wypaliłam się w pracy, ostatnie stresy 'cyklowe' mnie wykończyły. Jak zostaniemy w domu, zamiast odpocząć będę się frustrować.
Ja non stop ustawiam codzienne życie i wyjazdy na weekendy pod wizyty, teblety, uesy i stresy... Trudno, puszczam majowy cykl "samopas".

Zatem postanowione. We wtorek z rana ruszamy nad morze.
M. wymyślił, że pora kupić rowery - doskonały plan! Przyspieszę te zakupy na najbliższy poniedziałek i zabierzemy je ze sobą. Trochę ruchu dobrze nam zrobi:) No i konie muszą być. Obowiązkowo.

A tymczasem zabieram się za przygotowania mięcha i innych grillowych rzeczy. Za chwilę ruszamy całą paką na piknik;)

sobota, 25 kwietnia 2009

Herbata z łzami

Dziś nie jest nic lepiej. Wręcz przeciwnie.
Wstałam humorzasta, koło południa już trysnęły mi łzy.
Pomyślałam, trudno, skoro już same się cisną, to popłaczę.
Posiedziałam w łazience, popłakałam, później umyłam twarz, zrobiłam gorącą herbatę - zawsze
mi dobrze robi "na płacz". Usiadłam w pokoju i schowałam głowę w kubku z herbatą, żeby mąż
nie widział. Ale łzy lały mi się do tej herbaty, więc się nie udało.
Skoro już zauważył liczyłam na jakieś przytulenie. Ale nie. Mąż się wściekł,
że tyle rozmawialiśmy, że miałam być spokojniejsza i "jak on ma ze mną rozmawiać, żeby
choć raz było inaczej". No nieee, tego już za wiele. Trzasnęłam drzwiami od sypialni,
padłam na kołdrę i wyłam jak dzik. Wziełam tabletkę na uspokojenie, pobeczałam
kolejne kilka minut i zasnęłam nie wiem kiedy. Obudziło mnie głaskanie po twarzy.

Zreflektował się... Trochę pomogło.

I chodzę jak zbity pies przez cały dzień. Miałam tyle super planów na dziś
i nic nie zrealizowałam, oprócz minimalnego nadrobienia zaległości książkowych. W sumie dobre i to...

Muszę coś ze sobą zrobić. Dziś i w ogóle.
Dziś - siadam w moim "poddaszowym atelier" i będę dłubać;) włączę ulubioną płytę i może uda mi się w tym wszystkim utopić głowę. Zwykle pomagało.
A w ogóle - pora na ruch. Ostatnie miesiące na hormonach nie zrobiły mi dobrze - ani pod względem zdrowotnym nie pomogły, a i ciało zdeformowało się nieco... Obiecuję sobie od dłuższego czasu coś z tym zrobić i ciągle coś. Od wtorku ruszam na rolki. Tak na początek.
A dalej będę myśleć. I działać oczywiście:)

piątek, 24 kwietnia 2009

Jutro będzie lepszy dzień...

Znam mój organizm jak zły szeląg. Dobre miałam przeczucie, że @ się zbliża.
A jak wczoraj pobeczałam się, "bo mi pan drogę zajechał" - nie miałam już wątpliwości.
Dziś zaczęłam plamić. Mam ochotę zakląć siarczyście... to o tydzień za wcześnie.
Jak zacznie się na dobre, mam iść na uesa. Jeśli znów będą torbiele, to mnie szlag trafi.
Właściwie to nawet nie mam wątpliwości, że trafi, bo będą. Zawsze są, jak nie pękną pęcherzyki, a skoro znów coś się dzieje za wcześnie, to nie pękły. Mimo nowego super hiper leku.

Nie wiem co myśleć.
Nie chce mi się płakać, nie lubię siebie z zapuchniętymi oczami. Ile można.
Nie chce mi się martwić, bo cóż mi to teraz da?!
Wiem jaki będzie kolejny plan działania - zrobię uesa, dostanę znów antykoncepcję, żeby znikły torbiele. Laparoskopii i tak nie zrobię teraz, bo dostałam propozycję terminu na 5 maja, a to pewnie będzie środek mojego okresu. Więc czekam do czerwca.

...Żyję w tym temacie z dnia na dzień, a przynajmniej staram się. Staram się nie miętolić w głowie ostatnich wydarzeń i też nie myśleć co będzie. Dziś jest dziś. Tak wygodniej.
Jednocześnie sobie myślę, dlaczego miałby się nie stać cud? Mało to kobiet, którym lekarze postawili o milion razy gorszą diagnozę, a które jeszcze z porannymi mdłościami obłapiały kibel?
Marzę, żeby obłapiać.
I będę obłapiać. Tylko moja droga do tego miejsca jest nieco dłuższa i jakaś taka wyboista...

ech... :( Moja siła na "autouleczanie" ma dziś mimo wszystko tendencję spadkową.
Jestem na granicy doła z płaczem, trudniej mi dziś przychodzi optymizm.
To pewnie PMS.
Pora spać. Jutro będzie lepszy dzień...

sobota, 18 kwietnia 2009

Tajemnica

Dziś już jest całkiem przyzwoicie. Choć przyłapuję się na lekkim zamartwianiu ... Jest 15 dc, a czuję się, jakbym niedługo miała dostać @. Jeśli tak się stanie, będzie oznaczało, że i po gonalu
pęcherzyki nie pękły... To niezbyt dobre... ale może to dlatego, że nie miałam pregnylu, którego nie było sensu podawać, skoro uaktywniła się niedrożna strona. Ech..

"Na pocieszkę" dostałam maila od koleżanki, która napisała: "zamiast się zabijać dla jednego celu, powinnaś pomyśleć o adopcji". Krew mnie zalała.
Jasne, jak nie będzie innego wyjścia, to pomyślę. Ale ja mam jeszcze tyle możliwości przed sobą! wrrr ...
Myślę, że mam wystarczająco dużo powodów do zmartwień i irytacji, nie potrzebne mi są "dobre", dołujące rady. To chyba czas, aby grono poinformowanych znajomych zostało jeszcze bardziej zawężone. Choć jest już okrojone bardzo bardzo.
To pora na niedoinformowanie. Sama z siebie i tak Im nie opowiadam, ale przestanę odpowiadać na pytania. Wszystkim. Mądrzy są, więc w końcu przestaną pytać.
Od dziś to moja tajemnica i mojego bloga, bo gdzieś muszę jednak dać upust emocjom.
A Im wszystkim powiem dopiero jak się uda.

Postanowione.


ps. nie spodziewałam się, że ktoś poza J. mnie czyta.
Jestem mile zaskoczona. Zrobiło się jakoś raźniej.

Pozdrawiam więc moje Podczytywaczki:)

środa, 15 kwietnia 2009

chaos

Dziś będzie chaotycznie.

W ogóle zaczęłam się zastanawiać, czy nie wykasować tego bloga w cholerę.
Nie dzielić się niczym z nikim, nie mówić, nie opowiadać.
Choć miało to być tylko dla mnie...
Może powinnam działać "z ukrycia" i obiawić się jak się już wszystko uda.
Ale pociągnę to. Może czyta to kobieta taka jak ja.
Może jej lżej, że nie tylko ona tak ma ciężko i pod górkę w dążeniu do celu.

Dziś już mi lepiej. Pozbierałam się. W końcu to nie koniec świata, a niewypróbowanych możliwości mam jeszcze mnóstwo.
Nie zmienia to faktu, że chce mi się żygać na nieustannie padające "nie martw się, będzie dobrze". Jasne, że będzie, ja to wiem. Nie wiem tylko ile jeszcze muszę przejść, żeby tak było.
Z drugiej strony co 'Oni Wszyscy' mają mówić, skoro nikt się nie zmagał z tym co ja,
i skoro nie bardzo rozumieją o czym do nich mówię (Większość zatrzymała się na pojęciach: nieregularne cykle i zespół napięcia przedmiesiączkowego, a później już tylko test ciążowy;) ).
Fakt, nie opowiadam o tym każdemu, wiedzą tylko moi najbliżsi i to też nie wszyscy. Wiem, że mi (nam) kibicują i trzymają kciuki. I jest to super. Tylko Nieboraki już nie wiedzą jak reagować na moje nieustanne przeszkody. A ja zamiast to uszanować to się irytuję.
Swoją drogą 'przeszkody' to bardzo dobre słowo, bo trudno mówić o porażkach, skoro od jakiegoś czasu nie mogę przeskoczyć jednego etapu. Ha! znalazłam jakiś pozytyw;) Porażka brzmi i działa gorzej.

I udało się nawet trochę optymistycznie na koniec.... :)

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

nie może być doskonale? ...

i znów płacz i zgrzytanie zębami. Znów, znów, znów.
Czym ja sobie na to wszystko zasłużyłam?? czym??? czyyymmmm???

Jestem cała rozżalona.

W sobotę byłam na pierwszym usg, zobaczyć jak organizm reaguje na zastrzyki.
Reaguje, doskonale reaguje. Wyrosły 3 piękne pęcherzyki ale po niedrożnej stronie!
Zawsze wcześniej rosły po obu, czemu teraz tak? Babka dała nam czas do dziś, że może coś
się "wyhoduje". Gnałam więc dziś po śniadaniu od mamy, 250 kilometrów, żeby zobaczyć, że prawy jajnik ani drgnął.

Więc mogę się już "odstresować" - pytania czy pęcherzyki pękną i inseminacja się uda na razie nie padną.
Teraz czekam do następnego @ i laparoskopia. Koniec zabawy w ciuciubabkę.
Nie będę się ganiać z tymi jajkami i błagać jajniki, żeby łaskawie wyprodukowały coś porządnego.
Nie chcą po dobroci, to będzie przemocą.

Tyle na dziś.

środa, 8 kwietnia 2009

a może zastrzyczek? :) ...

... tym tekstem rozbawił mnie dziś mój mąż, który z zegarkiem w ręku przybiegł o 18 do mych stóp, a właściwie uda, które miał kłuć;)

Znów przeżywałam jak wariatka. Że pierwszy raz zastrzyk samodzielny, czy zapamiętaliśmy obsługę tej dziwnej półautomatycznej strzykawki, czy nie przekręcimy miernika dawki o jedną miarkę w przód lub wstecz, czy małż właściwie wbije......
A on ze stuprocentowym spokojem, na luzie, strzykawa w łapę, cyk - ustawiona dawka, miejsce zdezynfekowane, cyk igła wbita, pstryk, płyn wstrzyknięty i po krzyku. Dżizes.. ;)

Jutro też będę przeżywać. To już chyba tak zostanie.
Ale jestem przeszczęśliwa, że nie muszę tego robić sama - na samą myśl robi mi się słabo.
A dwa.. taki efekt psychologiczny dla mnie, że to właśnie ON się w to włączył, że jest blisko i że współuczestniczy. Mogę jedynie powtórzyć: kochany mój.

Czuję się na razie ok. Trochę kołowata chodzę i na okrągło bym spała. Ale lepsze to niż wahania nastrojów i płacz. Niech więc tak zostanie.

Będę dzielna.

wtorek, 7 kwietnia 2009

dobry dzień na "dzień dobry"

Ufff ile emocji, a to dopiero początek kwietniowej walki.
Wystartowałam dość pozytywnie - wyniki hormonów w normie, uuufffff,
dziś miałam usg - torbiele poginęły -uuuuuufffffffffffffff :)

Zaczęłam stymulację gonalem. Miłe zaskoczenie, bo pierwsza seria zamiast 690 kosztowała 550 PLN -to tak na marginesie.
Sam zastrzyk przeżywałam jak mega wielkie wydarzenie. Pierwszy miał być u lekarza, "pokazowy", reszta to praca domowa. Przerażał mnie fakt wbijania sobie igły....
Na szczęście mąż zaproponował, że pojedzie ze mną, zobaczy jak się to odbywa i będzie mi te zastrzyki robił. Kochany mój.
Teraz spokój do soboty. W sobotę kontrola i w zależności od tego ile i jakich pęcherzyków wyhodowałam będzie decyzja ile zastrzyków dodatkowo.

Teraz kiedy mam "wstęp" za sobą marzę, żeby rosły po drożnej stronie i żeby pękły...
A później będę dalej rozmyślać.

A jeszcze z miłych rzeczy - dziś wizytę u tej samej lekarki, ale chwilę po mnie miała M.
Zrobiła mi niespodziankę i dostałam w prezencie dwie ksiażki + rogaliki z serem własnej roboty.
Miłe to;) Teraz mam taki zapas książek do przeczytania, że mam w czym utopić głowę i zająć myśli. A muszę to robić, żeby nie zwariować. Dzisiejszy dzień mnie wykończył emocjonalnie, a to dopiero początek i tak właściwie nic takiego się jeszcze nie wydarzyło... Nie mam ochoty na jakikolwiek stres. Nie mam. I zrobię wszystko, żeby ten czas przetrwać jak najlepiej!

czwartek, 2 kwietnia 2009

....i czekam...

...i ciągle czekam. Może to i lepiej, bo iui nie przypadnie na święta. Niemniej jednak zżera mnie ciekawość, czy w ogóle ją będę miała - czy w "środku" już wszystko ok.
Jutro z rana idę się pokłuć - kontrola hormonów. To też zagadka... mam nadzieję, że nie najadłam się tych garści leków na próżno. I że się znów coś nie zrąbie. Tego nie znoszę najbardziej. Jak się naprawia jedno i chrzani drugie...

Niech tym razem będzie inaczej... aż taką grzesznicą nie jestem, żeby ciągle ponosić kary...

środa, 25 marca 2009

Czekam

Czekam na @ jak nigdy... ale jeszcze 6 dni conajmniej. Później usg, na nie też strasznie czekam, mam nadzieję, że będzie "czysto" na jajnikach i zacznę stymulację. Na zastrzyki już się nastawiłam psychicznie. Trzeba, to będę sobie robić.
Nie robię sobie wielkich nadziei, ale czekam na tę inseminację jak na wielkie wydarzenie. Nie wiem czego się spodziewać po moim organiźmie. Będzie choć raz pokorny? Czy zrobi znów psikusa... Naczytałam się o różnych wspomagaczach oprócz pregnylu, które powodują pękanie pęcherzyków. Przy następnej wizycie muszę podpytać lekarkę.

Poza tym marzę o urlopie. Jestem zmęczona, małż też, atmosfera nieco nerwowa i niestety odbija się to na naszych relacjach. Niech już się zacznie prawdziwa wiosna...
Może chociaż na weekend ruszymy za miasto. Czas odpocząć, skoro kwiecień ma być taki ważny...

poniedziałek, 16 marca 2009

byle do kwietnia

Nastrojowo lepiej. Choć fizycznie beznadzieja. Nadal się słaniam na nogach, jest mi słabo i niedobrze. Jeśli jednak te męki wynagrodzi mi upragniony dzidziuś - zniosę wszystko.
Nie wiem jak to będzie z kwietniową inseminacją. Coś mi się wydaje, że termin może przypaść w święta. Wtedy będę musiała czekać kolejny miesiąc. Chociaż... z moim organizmem to nigdy nic nie wiadomo. Może się okazać, że akurat się wstrzelimy..

Zaczynam znów myśleć. Myśleć, myśleć. Przede mną kolejny etap, kolejna nadzieja. I cholera nie wiem, czy wyjść z założenia, że pozytywne myślenie to połowa sukcesu, czy się zdystansować, żeby nie narobić sobie znów nadziei....
no tak... mówię o tym, czyli już sobie robię nadzieję. Skoro tak, to nie pozostaje mi nic innego jak
myśleć pozytywnie. Kiedyś przecież musi się udać. Musi.

Nie mogę się doczekać kwietnia. Chciałabym, żeby "to wszystko" zaczęło się dziać.
Niech czas szybko leci....

sobota, 14 marca 2009

jutro na pewno będzie lepiej,,,

Kiepsko mi.
3-ci dzień na logeście i powtórka z rozrywki. Jest mi niedobrze, kręci mi się w głowie. No i oczywiście humorzawka. Próbowałam zająć się ulubionymi czynnościami, ale nawet one mi dziś nie sprawiają radości, weny też nie mam. Pędzel i kredki nie chcą malować moich niekreatywnych pomysłów. Trudno. Nic na siłę.
Wzięłam się za czytanie bzdur w necie. Oczywiście wlazłam na forum o niepłodności - mimo, że milion razy sobie obiecywałam, że już niegdy więcej. Ech, durna baba ze mnie;)
Ale nawiązałam kontakt z dziewczyną starającą się i również niemogącą zaciążyć i przez chwilę raźniej się zrobiło.

Zmykam. Jutro będzie nowy dzień. Postaram się wstać prawą nogą i robić tylko przyjemne rzeczy, żeby był dobry :)

środa, 11 marca 2009

i wszystko wraca do "normy"

po tym rozluźnieniu przez ostatnie kilkanaście dni zaczęłam się już martwić, czy aby wszystko ze mną w porządku. Tym bardziej, że dziś zapomniałam, że idę do lekarza, nie zadzwoniłam potwierdzić i pojechałam w końcu w ciemno.

Ale od tej pory wszystko wraca do "normy", bo:
Oczywiście niepęknięte pęcherzyki się nie wchłonęły = znów na miesiąc antykoncjepcja - wiedziałam...
Jak zjem całe opakowanie logestu - kontrola, czy jest już "czysto". Jeśli tak - to start z gonalem.
Zastrzyki do samodzielnego podawania. Drogie jak skurczybyk - cała seria to jakiś tysiak.
Ryzyko ciąży mnogiej większe niż przy clo, może dojść do hiperstymulacji. Ale to akurat na tem moment mnie nie martwi.
No i jak się już bierze taką górną półkę to nie przelewki. Nie ma pracy domowej - kolej na inseminację - to też wiedziałam.
Całość w sumie to "impreza" na jakieś dwa tysiące. Trudno, nie pojedziemy na majówkę, ale to mnie też nie martwi nic a nic.
Oczywiście gonal nie daje mi gwarancji, że pęcherzyki pękną.
Ale na razie tego nie zakładam i nie piszę "co dalej gdyby", choć wiem co...
ach, czas pokaże co będzie dalej.
A może i moje puzzle się w końcu poukładają? Przecież nie może cały czas być źle, hm?
W podstawówce "kulałam" z matmy, w liceum z chemii, na studiach z gramatyki strukturalnej, w narzeczeństwie doskwierała mi obecność w tle "tej byłej". Wszystko to pokonałam i wyszłam "na swoje". To może i ten etap jakoś przebrnę.


Nie zmienia to jednak faktu, że załapałam maruda. Dziś znów się huśtam. Niby nie myślę i mam luz. Ale jednak myślę. Myślę co będzie jak te cholery nie pękną.
I tak w kółko. Nie znoszę tego:(

dziś się wyśpię i mam nadzieję, że jutro będzie dobry dzień. Pa

wtorek, 10 marca 2009

Zawiesiłam się

i mija kolejny tydzień. W 5 DC miałam się zgłosić na kontrolę.
Dziś mam teoretycznie 4 (praktycznie 12... zawsze tak mam jak pęcherzyki nie pękają, dwa tygodnie męki i zawsze o tydzień za wcześnie).
Pójdę jutro... chyba.
Nie wiem co mi się stało, znów się zawiesiłam, po prostu mi się nie chce tam iść, choć wiem że muszę. Zobaczymy jaki plan działań ustali mi ginka i "ustawię" się na konkrety na kolejny cykl.

Poza tym kontakt z małymi bąblami dobrze mi robi. Ostatnie kilka dni z rzędu
miałam "pod ręką" takie małe Przytulanki - wywołują u mnie b.pozytywne emocje;)
Może stąd ten spokój? Oby częściej.

Spadam. Zmęczona jestem, a i humor popracowy średni. Na szczęście jeszcze 3 wstawania i weekend:)

niedziela, 1 marca 2009

trochę lepiej :)

Mam się całkiem przyzwoicie. Stan nijakości minął, stan spokoju się utrzymuje.
Założyłam bloga, żeby uzewnętrzniać moje hormonalne huśtawki, które miesiącami mnie trzymały, a tymczasem nie czuję obecnie takiej potrzeby.
Przestały mnie drażnić kobiety w ciąży, wiem, niezdrowy to był odruch, ale wiem też, że nie jestem jedyna, która tak miewa.

Ale cieszę się, że mam się właśnie tak. Niech tak zostanie.

Pewnie tak będzie do kolejnej stymulacji. Na ten moment wiem, że mam około mięsiąc przerwy od leków. Nie będzie biegania co drugi dzień na "uesa", nie będą brzęczeć przypominajki w telefonie "weź tabletkę".
Mam w planie spożytkować ten czas na odpoczynek, relaks, zbieranie sił na następny czas i zadbanie o formę - od jutra fitness;)

środa, 25 lutego 2009

Kolejny etap: gonal

Dziś zadzwoniłam do mojej lekarki. Część planu przewidziałam: kolejny cykl przerwa od leków, w 5 DC kontrola jajników - jeśli będą torbiele po niepękniętych pęcherzykach - antykoncepcja na kolejny miesiąc. Jeśli będzie "czysto" to czekamy do następnego cyklu i dostanę nowy preparat na stymulację - gonal.
Dżizes! poczytałam w necie, to zastrzyki, które się aplikuje w brzuch. Są w formie "długopisów"- gotowych zastrzyków do podania. Ale najlepsze jest to, że to będzie praca domowa! Nie wiem jak się przmogę do robienia sobie zastrzyków, ale to się będę zastanawiać/martwić jak przyjdzie na to czas.
Póki co, odpoczywam.

Dziś nie myślę i nie analizuję. Płakać też mi się nie chce.
Ale ndal mam się nijak.
Poczytałam trochę o gonalu - jak ze wszystkimi lekami jest pół na pół - jednym się udaje, innym nie.
A czas pokaże jak to będzie ze mną:)

wtorek, 24 lutego 2009

Nijakość

Do ginki nie zadzwoniłam. Bieganina w pracy, nie miałam kiedy, a po powrocie do domu jakoś zwiędłam. Miętoliłam w garści telefon i kartkę z pytaniami do niej i na tym się skończyło.
Jeden dzień w tą czy w tamtą nie robi mi różnicy. I tak kolejny cykl stracony, bo pod rząd nie można stymulować.

Ostatnie wydarzenia spowodowały u mnie lekkie zobojętnienie. Może to i lepiej, łatwiej będzie mi przyjąć kolejne niepowodzenia. Trzyma mnie to już od jakiegoś czasu, pewnie dlatego ostatnio płakałam tylko w weekend, a nie na przykład do dziś;)

A dziś? dziś rozmawiałam z koleżanką, która "zachodziła w ciążę" również ponad dwa lata i się udało, a teraz dookoła ma mnóstwo starających-niemogących i takich, które po wielu latach są szczęśliwymi mamami. Optymistyczne. Huśtawka znów na górze... ?
Może i tak.
Z drugiej strony dopadło mnie zniechęcenie i taka nijakość. Nie chce mi się o tym wszystkim myśleć, ale analizuję, więc jednak myślę.
Nie chce mi się dziś ustalać kolejnego superplanu. Zapewnie znajdzie się jeszcze jakaś garść leków, którymi mnie nie karmiono. I ok. Będę je "jadła". Ale z nastawieniem, że później może będzie trzeba łykać kolejne, inne, nowe, lepsze, prowadzące do celu lub znów "pudłujące".

Jestem na to wszystko gotowa, bo wiem, że kiedyś się na pewno nam uda. Musi.

poniedziałek, 23 lutego 2009

kiedy będzie dobrze?

Luty 2009...
Kontrola hormonów - TSH podwyższone, PRL 3 x norma. Przecież nie może być za dobrze. Zwiększamy dawkę Bromergonu, dołączamy Letrox. Wyniki wracają do normy.
Minimalna redukcja Bro, Letrox pozostaje.
Kontrola USG w 3 DC, "teren" czysty po ostatniej antykoncepcji - zaczynamy stymulację!
Na początek Clostylbegyt. Po tych wszystkich lekach czuje sie masakrycznie. Zataczam się, żygam, ryczę jest fatalnie.
Ale są też i dobre wieści - śliczne trzy pęcherzyki rosną, w tym dwa po drożnej stronie.
Chodzę nakręcona i już myślę, co będzie, jak obydwa pękną... tyle czekania i dwa szczęścia na raz... no ale staram się zbytnio nie nakręcać. Dostaję kolejny lek - estrofem, na endometium. Biegnę na kolejne usg. Pęcherzyki mają po 19 mm,
podajemy Pregnyl i do dzieła!

zadziałaliśmy... pierwszy raz od miesięcy podeszłam do tego na luzie. Seks był superprzyjemny,
.... aż byłam zaskoczona:) z niecierpliwością czekam na kolejne usg i receptę na kolejny lek. Zgodnie z kolejnością teraz duphaston lub coś w tym stylu.

Uda się tym razem?

a nie uda.

Usg po 2 dniach wykazało, że pęcherzyki nie pękły.

Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić z płaczem do domu.

Płakałam cały weekend ze złości i bezsilności, mimo, że wiem, że
nic sobie tym nie pomogę, a wręcz przeciwnie.
Mąż spisał się na medal. Głaskał mnie i przytulał na widok każdej
kolejnej łzy. Kochany mój.


a co dalej?
Co teraz?

Jutro dzwonię do mojej ginki. Ustalamy nowy plan działania.
I zastanawiam się co wyjdzie następnym razem? Co uda się naprawić,
żeby mogło się zepsuć coś nowego? Czasem sobie myślę, że już mnie nic nie zdziwi.

Ale dziś mam dzień silny. Dziś nie płaczę. Może jutro...

W górę i w dół – czyli historia mojej huśtawki

Wszystko zaczęło się dwa lata i dwa miesiące temu. Postanowiliśmy mieć dziecko. A zatem do dzieła!
Pierwszy miesiąc starań. Spóźniam się miesiąc. To musi być „to”. Siła podświadomości jest tak silna, że zaczynam mieć mdłości, choć to niemożliwe. W Wigilię robię test, z myślą włożenia dwóch kresek mężowi pod choinkę. Niestety kreska jedna

I tak kolejne miesiące.


Mija pół roku, postanawiam wybrać się do lekarza. Oceniamy cykl. Owulacja raz jest, raz jej nie ma. Bardziej nie ma niż jest. Namierzamy więc ten dzień, „celujemy” , czekamy na efekty… i nic.
Seks powoli przestaje być przyjemnością. Kochamy się na zawołanie, bo „teraz trzeba”, a nie wtedy, kiedy siebie pragniemy. ... Rzemiosło.

Dołuję się kolejne dni, tygodnie.

Mija rok.

Pani doktor zarządza stymulację, dodając radośnie: „spokojnie, będziemy w tej ciąży”. Biegnę więc radosna wykupić receptę, pełna nadziei karmię się Clostybegytem, zaliczając wszystkie skutki uboczne. Czuję się paskudnie. Mam mdłości, zawroty głowy, a do tego… huśtawka! Płacze bez powodu, ale co tam, przecież będę w ciąży, zaczynam się więc znów cieszyć. Ostatni dzień tabletek. USG co 2 dni, sprawdzamy jak rosną pęcherzyki. ..Kiedy dominujący osiąga 19 mm biegnę wstrzyknąć Pregnyl w tyłek, żeby pęcherzyk na pewno pękł.
I pękł.
Teraz Duphaston, na wzmocnienie drugiej fazy, żeby zarodek się ładnie zagnieździł…
Dzień kolejnej miesiączki powitałam płaczem. Wyłam co pięć minut.

Znajomi powtarzali – ach, ciesz się „wolnością” póki możesz.
Rodzina zaczęła się dopytywać o potomstwo. Komentarze teściowej przy każdym spotkaniu – tyle lat po ślubie, byście się wstydzili… Mama powtarzała „wyluzuj, jak odpuścisz, to na pewno się uda”.
A mnie zalewała krew, trafiał szlag i cholera wie co jeszcze…

Zbliżał się nowy cykl, a z nim nowa nadzieja.
Tym razem postanowiliśmy zbadać męża – wyniki na piątkę. Ufff…
Kolejna stymulacja. Kolejny Clostylbegyt, kolejny Pregnyl. Pęcherzyk tym razem nie pękł mimo zastrzyku.


Dół, płacz.


Ginekolog postanawia sprawdzić mój poziom hormonów. Robimy wszystkie możliwe badania. Wyniki niemalże idealne. Podwyższona prolaktyna – no to już wszystko jasne. Dostaję bromergon i z nadzieją ruszam w kolejny cykl.
Tym razem jednak po dwóch tygodniach dostaję miesiączkę. Biegnę znów do lekarza.
Raz, drugi, trzeci, piąty. Bezsilność doprowadza mnie do szału. A moja lekarka wydaje się być wróżką, karmiącą mnie na wyczucie i wymyślając różności.
Kiedy szłam z postanowieniem, że to ostatnia wizyta u niej, ona sama zaczęła rozmowę, że „nie ma na mnie pomysłu”.

Zmieniam lekarza.

Ruszam już prosto do kliniki leczenia niepłodności, dam się obejrzeć specjalistom. Trafiam do przemiłej pani, konkretnej i rzeczowej. Na pierwszej wizycie robi bardzo dokładny wywiad. Rozpisujemy plan działania. Czuję, że jestem dobrych rękach, wychodzę spokojna.

Na początek badanie drożności jajowodów. Dzielnie poddałam się wyjątkowo nieprzyjemnemu badaniu. Jest wynik: lewa strona niedrożna. Biegnę do domu, sprawdzam wydruki USG na cyklach monitorowanych – jest! Mam przyczynę, „strzelaliśmy” na niedrożną stronę.

Rozmawiam z lekarzem. Laparoskopia na razie odsunięta na dalszy plan. Lekarka utwierdza mnie w przekonaniu, że nie mamy gwarancji efektu, a póki co, możemy zadziałać lekami stymulując owu, „polując” na drożną stronę. Nawet, jeśli zejdzie nam dłużej. Ufam jej, postanawiam działać według jej zaleceń.

Jest bardzo ostrożna. Zanim poda lek stymulujący sprawdza, czy nie ma pozostałości z poprzedniego cyklu. Nie ma sensu truć się stymulatorami, jeśli są niepęknięte pęcherzyki tworzące torbiele.
Zbliża się kolejny nowy cykl. Biorę bromergon, sprawdzam na bieżąco wyniki, potwierdzam normy. Na wszelki wypadek kontroluję hormony tarczycy TSH, FT4, kiedyś miałam problemy, wolę więc mieć pewność. Wszystko w porządku.

Biegnę więc na USG w 3 DC aby sprawdzić, czy jest „czysto” na jajnikach.
Niestety. Pozostałości z cyklu poprzedniego. Stymulacji nie będzie.
Dostaję na jeden miesiąc antykoncepcję. … przygotowuję się do nowego cyklu….

Dwa lata i dwa miesiące

Dwa lata i dwa miesiące.
Tylko tyle i aż tyle.


Ale wystarczy, by coś postanowić. Postanowiłam więc zaprzestać samodzielnego huśtania.
Może uzewnętrznienie emocji pozwoli mi nieco zniwelować różnicę pomiędzy szybkim lotem w górę i równie szybkim spadkiem w dół. Może w ogóle przestanę się huśtać?


jedno jest pewne:


MAM DOŚĆ!