Do ginki nie zadzwoniłam. Bieganina w pracy, nie miałam kiedy, a po powrocie do domu jakoś zwiędłam. Miętoliłam w garści telefon i kartkę z pytaniami do niej i na tym się skończyło.
Jeden dzień w tą czy w tamtą nie robi mi różnicy. I tak kolejny cykl stracony, bo pod rząd nie można stymulować.
Ostatnie wydarzenia spowodowały u mnie lekkie zobojętnienie. Może to i lepiej, łatwiej będzie mi przyjąć kolejne niepowodzenia. Trzyma mnie to już od jakiegoś czasu, pewnie dlatego ostatnio płakałam tylko w weekend, a nie na przykład do dziś;)
A dziś? dziś rozmawiałam z koleżanką, która "zachodziła w ciążę" również ponad dwa lata i się udało, a teraz dookoła ma mnóstwo starających-niemogących i takich, które po wielu latach są szczęśliwymi mamami. Optymistyczne. Huśtawka znów na górze... ?
Może i tak.
Z drugiej strony dopadło mnie zniechęcenie i taka nijakość. Nie chce mi się o tym wszystkim myśleć, ale analizuję, więc jednak myślę.
Nie chce mi się dziś ustalać kolejnego superplanu. Zapewnie znajdzie się jeszcze jakaś garść leków, którymi mnie nie karmiono. I ok. Będę je "jadła". Ale z nastawieniem, że później może będzie trzeba łykać kolejne, inne, nowe, lepsze, prowadzące do celu lub znów "pudłujące".
Jestem na to wszystko gotowa, bo wiem, że kiedyś się na pewno nam uda. Musi.
Trzeba zniknąć
10 miesięcy temu

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz