czwartek, 30 lipca 2009

czekam

Byłam na kontroli - wczoraj, dziś też. Zwiększona dawka gonalu ładnie zadziałała - tym razem mam w brzuchu istną bąboladę. Chyba po 5 pęcherzyków po każdej stronie, ale takie sensowne są w sumie 3-4. Dziś ostatni zastrzyk - ovitrelle i w sobotę rano IUI.
Po raz pierwszy w tym cyklu "udało" mi się zeschizować (to w porównaniu do poprzednich i tak dobry wynik). Bo dojeżdając do domu obliczyłam, że IUI 38 godzin po zastrzyku i czy aby o 2 nie za późno... Pogłupkowałam z dobrą godzinę, upuściłam kilka łez i znów jest ok. Przecież nawet jak one pękną chwilę wcześniej, to na pękniętych też się robi inseminację.
Tak więc motywuję swoją głowę by się trzymała dzielnie w górze i czekam.

Ma być dobrze!

poniedziałek, 27 lipca 2009

zapodziana dawka

Narzekałam, że zastrzyki nie bolą i podejrzane to? no, to dziś igła prawie pękła, a wbić się nie chciała. Z bólu, a właściwie z przerażenia wystrzeliłam pod sufit. Ale zastrzyk zrobiony, za drugim podejściem.
Niestety... zastrzyk "niepełnowartościowy", z dwóch jednostek, a nie trzech jak powinno być... Bo pierwsza seria była na wykończeniu, a ja z tego mojego zakręcenia-osłupienia czy jak to nazwać (nie puściło) nie wykupiłam recepty, o 19 już było za późno na dokupienie. Trudno, myślę, że nic się nie dzieje, jak wśród 15 jendostek jedna się zapodziała.
Ech, co się ze mną dzieje?! Takich numerów to jeszcze nie było...

sobota, 25 lipca 2009

znieczulenie

Nic się nie zmieniło. Nie otwieram kalendarza, nie notuję, który jest dc i nie wpisuję leków, które przyjęłam. Nadstawiam się bezmyślnie do zastrzyków, które podejrzanie nic nie bolą. One w ogóle mało bolą, bo strzykawka ma mikroigłę, ale wczoraj gdyby nie kliknięcie automatu, myślałabym, że nic nie zostało wstrzyknięte. Muszę się chwilę zastanowić zanim określę który mam dc, i nie mogę odtworzyć kiedy lekarka kazała przyjść na kontrolę - wtorek czy środa? Nie wiem.
Coś mi jest?
Dopadła mnie znieczulica psychiczna i fizyczna?
Rzekłabym, może to i dobrze, bo lepiej się czuję taka.
Ciekawe na jak długo. Ale niech trzyma mnie jak najdłużej.

czwartek, 23 lipca 2009

"Prowokacja" Iwony:)

No tego jeszcze nie było - dwa posty w jeden dzień i to po deklaracji, że dość pisania na dziś.
Ale "sprowokowała" mnie Iwona swoim komentarzem do poprzedniego wpisu i mnie natchnęło... ;)

Po pierwsze - za każdym razem jest mi bardzo miło, jak się ktoś ujawnia, że mnie podczytuje.
Mam wtedy poczucie, że nie jestem tu zupełnie sama. A nie ma uczucia z forum, że tonie się w milionach postów, gdzie wszyscy są razem, wspierając się przez najbliższe 5 linijek wystukanych na klawiaturze i to by było na tyle. A tu, "u mnie" to tak, jakbyście wpadały na wirtualną kawę;)
Aż się ożywiłam;)

Po drugie - czytałam ten artukuł http://wyborcza.pl/1,81388,6829305,Dziecko_rodzi_sie_w_glowie.html

I z pewnością jest coś na rzeczy. Myślałam niejednokrotnie o psychologu, ale uznałam, że to będzie wyjście na później. Choć wiem, że nad emocjami powinnam popracować. I to nie nad tymi, które mnie dopadają w kwestiach ciążowych, tylko nad tymi, które rządzą moim życiem na codzień. Nerwus ze mnie przeokropny, no i to dążenie do perfekcjonizmu i wieczne poczucie, że jeszcze mam tyle do zrobienia... czytałam ten akapit trochę jakby o sobie. I jeszcze parę rzeczy by się znalazło...

Jak rozumiem Tobie Iwona się udało? A czy to Ty zamieściłaś info o artykule na forum? Bo jeśli tak, to Twoje poczynania też śledziłam. Choć prawie nigdy się nie odzywam na forach.

No, to teraz już dość na dziś. Jakoś mi się tak lepiej zrobiło na koniec dnia, w duszy mi się rozświetliło. I na dokładkę dwie ogromniaste tęcze, tęczuchy wręcz, za oknem. Boskie. Może takie na szczęście, jakby powiedziała moja mała chrześnica;)

Ach, i skoro znów tu jestem, to dopiszę, że jestem po pierwszym zastrzyku. Wolę kłucie z automatu gonalu, wstrzykiwanie odbywa się delikatniej niż w przypadku puregonu.

I od nowa

Wszystko zgodnie z planem. Była kontrola, było usg, droga wolna, więc startujemy z gonalem.
Dziś 3 dc i 1 zastrzyk.

A zobojętnienie nie puściło. Na spokojnie przyjęłam info, że torbiele się wchłonęły. Gdyby było inaczej też bym to dziś przyjęła spokojnie. Gonalu dostałam większą dawkę 112,5 (poprzednio było 0,75), żeby wyhodować więcej pęcherzyków. No i dobrze, niech rosną, im więcej tym lepiej.

I chyba nic więcej nie chce mi się pisać na ten temat. Dziś nie.
Idę się nadstawić do igły.

wtorek, 21 lipca 2009

Spoiwo

Jestem znudzona. Znudzona, zmęczona, odrętwiała.
Może winien temu jest dzisiejszy pierwszy dzień cyklu. Może. A może to moja wrodzona nienawiść do monotonii.
W czwartek muszę iść na kontrolę. I traktuję to w kategorii "muszę", nie "chcę", nie po prostu "idę". Zmuszam się, bo mam Cel. Mamy, my, mój mąż i ja.
Ale znów to samo od początku. Nawet nie chce mi się o tym pisać. Zresztą po co. Wystarczy "przekartkować" bloga nieco wstecz i będzie to samo. Przynajmniej do jakiegoś momentu, na tym etapie. Jakby to Adaś Miałczyński powiedział "dupa z pisaniem... (...)"...

Dobrze, że to jak dotychczas jedyna do bólu zaplanowana, zorganizowana i monitorowana sprawa w moim życiu. Bo ja owszem, lubię mieć wszystko poukładane, dopracowane, ale pod warunkiem, że mam na to wpływ. Że to, co robię jest uporządkowane, a nie podporządkowane.

Na szczęście reszta mojego życia toczy się z moim "udziałem". Poza najważniejszym Celem mam dwa mniejsze na najbliższy czas: egzamin na przysięgłego i własna galeria. Choćby na początek internetowa. I tu przynajmniej wiem, że to, co dam z siebie zaowocuje. A dam. I zaowocuje.

A te moje dwa życia - uporządkowane i podporządkowane (choć powinnam w pierwszej kolejności wymienić podporządkowane ze względu na wagę...) łączy wspólna cecha - upór w dążeniu do celu. Uff, więc jest jakieś spoiwo, które mnie trzyma przy siłach:)

poniedziałek, 20 lipca 2009

cisza i nic

Dawno mnie tu nie było. Ale też nie działo się nic ciekawego.
Wyjazd służbowy rzeczywiście był wampirem energetycznym. Chyba ani razu nie pomyślałam o moich sprawach. I dobrze.

A teraz nie dzieje się nic. Skończyłam obżerać się tabletkami antykoncepcyjnymi w czwartek. Powinien się powoli zaczynać nowy cykl. Ale się nie zaczyna. Cisza.
Nie idę więc na kontrolę, nie wykupuję recepty za tysiąc złotych i nie pompuję hormonów. Nie odliczam dni cyklu, nie chodzę na "uesy", nie martwię się o pęcherzyki i II fazę, nie robię testu. Chwila spokoju. Chwila ciszy. Potrwa pewnie jeszcze maksymalnie 1-2 dni. Trzeba zbierać siły na dalszą walkę. Wmawiam sobie, że ją mam i staram się utrzymać stan obojętności jak najdłużej...

środa, 8 lipca 2009

Huśtawkowy "off"

za 3 godziny wyjeżdżam. Nic takiego, delegacja. Ale jest wokół niej tyle zamieszania, że już zaczynam odłączać mózg od hormonów. I dobrze. Wyjazd z pewnością mnie zmęczy, ale odpocznę od moich codziennych myśli. Na początek zajmuję głowę tym, czy zdążę na wszystkie pociągi. O 18 muszę być na miejscu, pan w międzynarodowej kasie PKP sprzedał mi bilet tylko do Berlina i z B. do Lipska. "na resztę pociągów regionalnych nie mam kodów" rzekł. Doskonale, bo ja mam po 8 minut między każdym pociągiem (a będzie ich 4!), więc na pewno wystarczy czasu na odstanie jeszcze kilku minut przy kasach... wrrr! no ale nic. Jest jeszcze opcja biletu u konduktora. Tyle, że ja mam zboczenie organizacyjne i lubię mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, pod samą szyję, tak aż do przesady. Choć może to taki początek zaprawki... skoro mam mieć dziecko, przy którym nie da się wszystkiego zaplanować.... ;)

No to pora włączyć huśtawkowy "off". Tak więc zmykam.

poniedziałek, 6 lipca 2009

W poszukiwaniu porządku

Przeszło mi. Trochę... ale lepiej, że trochę, niż tkwić w narastającym agresorze.

Ale bycie kobietą pełną niespodzianek, zgodnie z definicją mojej pani doktor, zobowiązuje. Więc psychicznie mam się lepiej, za to fizycznie niekoniecznie. Mam 12 DC, jestem na antykoncepcji - boli mnie brzuch tak jak w ubiegłym miesiącu i cały czas plamię. Dlaczego? Tego nie wiedzą pewnie nawet moje jajniki.
Nie mam siły nawet się tym denerwować. Olałam to za przeproszeniem i nawet nie zamierzam dzwonić do lekarki po poradę/wyjaśnienie. Przeczytałam ulotkę dot. tabletek, jest to wpisane w skutki uboczne, więc zakwalifikowałam to do tej kategorii, choć jak znam mój organizm ma inny powód ku temu. A ja mu oświadczam, że nie interesuje mnie to. Mam dość. Sięgam powoli granicy mojej wytrzymałości na ten moment i nie chce mi się tym stresować.
A czas na najbliższe dni mam tak zapełniony, że mam nadzieję nie mieć kiedy myśleć o moim osobistym bałaganie hormonalnym.
Dziś mam do skończenia tłumaczenie, jutro po pracy pan do zepsutej pralki, książka do przeczytania, pakowanie, bo w środę ruszam w delegację. Wracam w piątek w nocy, w sobotę rano jadę na imprezę do rodzinnego miasta, wrócę w niedzielę wieczorem i czeka mnie aktywny tydzień po miesięcznej nieobecności szefa. A jak się owy tydzień skończy to zamierzam mieć okres, "czyste" jajniki i móc znów pompować w siebie imponujące dawki hormonów. Aż by się chciało dodać "i wyhodować dwa piękne pęcherzyki, ucelować inseminacją, 'zaskoczyć' i nosić w brzuchu bliźniaki" ;) zachłanna jestem, wiem. Ale jak pomyślę, że miałabym tak walczyć o kolejnego potomka, to godzę się nawet na trójkę naraz. W przeciwnym razie moje dziecię będzie jedynakiem tak jak ja, bo drugi raz tego wszystkiego nie przetrzymam.

No to rozplanowałam niechcąco dwa tygodnie. Chociaż na zewnątrz jakiś porządek...

czwartek, 2 lipca 2009

Wstyd

Dopadło mnie coś. Coś niedobrego...
Mogę wszystko zwalić na te cholerne tablety. Mogę się zastanawiać, czy mi się z głową coś nie dzieje. Mogę się nie zastanawiać w ogóle "dlaczego". I wybieram tę trzecią opcję.
Cały ten tydzień naszpikowany był serią wieści mnie drażniących. Zaczęło się od wspomnianej opowieści kolegi z pracy. Ok, jakoś to przetrawiłam.
Wczoraj spotkałam koleżankę. W rozmowie Pyta prosto z mostu "a Wy kiedy?", więc dla świętego spokoju przełamałam się i odpowiadam "nie wiem, nie zawsze jest tak, jakby się chciało". Na co ona: "oj, biedna Ty. Moim znajomym też się nie udało. Poddali się, a drudzy adoptowali i są same problemy z tym dzieckiem". Wracałam do domu cała wściekła i rozżalona. Czasem w opdowiedzi na takie reakcje mam ochotę być wulgarna jak nie ja i powiedzieć "a wsadźcie sobie w d... te "pocieszenia" ". Dotychczas się jednak opanowywałam. Na szczęście.
Na to wszystko wieść o narodzinach córeczki kuzyna. To ich drugie dziecko. Zamiast się ucieszyć, że dzieciak zdrowy i wszystko ok, to mnie szlag trafił, że oni uporali się już z drugim, a my wcale... Wstyd mi za to. Poleciały mi łzy i bynajmniej nie z radości. Wstyd, wstyd...

Po tym wszystkim odbieram maila - powiadomienie, że mam wiadomość na NK. Zajrzałam tam pierwszy raz od baaaaaardzo dawna. A tam co? Cała strona główna pełna małych łysych główek. Plaga jakaś. Wszyscy są jakoś tak cholernie płodni. Za oknem wrzeszczą dzidziory sąsiadów, w pracy za ścianą rośnie kolejny brzuch. Tak mnie to drażni, tak mnie to wkurza, tak mnie to irytuje.

Czuję, że to we mnie wzbiera, narasta, a jednocześnie nie mogę dać temu upustu "oficjalnie". Bo wstyd mi za siebie, że w ogóle tak myślę. Strasznie wstyd.
Wiec uzewnętrzniam się tu. Bo muszę coś z tym zrobić, żeby się lepiej poczuć, a to jedyna dla mnie właściwa forma. Tu jestem anonimowa. Więc jak zostanę uznana za niezrównoważoną, to w dalszym ciągu anonimową...
Ach, wybacz Joanno - dla Ciebie jestem całkiem znajoma. I pewnie zaraz zadasz pytanie, czy Twoja L. też mnie drażni. Nie, Ona nigdy.

Ale oświadczam, że będę walczyć do skutku, nie zamierzam się poddać, żeby nie wiem co. Nawet, jeśli będę się tak ekstremalnie huśtać jak dziś.

A tymczasem, w oczekiwaniu na odpowiedź na moje ostatnie ogłoszenie wzięłam się ostro za naukę do egzaminu na tłumacza przysięgłego. Wyznaczyłam sobie dzienne dawki wiedzy i wypełniam maksymalnie wolny czas. Mimo wszystko zdrowiej zająć głowę opisem postępowania karnego, wyrokiem w sprawie rozwodowej czy... decyzją w sprawie ustanowienia zarządcy współwłasności nieruchomości ;) to ostatnie to moje ulubione na dziś;) a jak brzmi w języku obcym!