Po chorobliwym wręcz odliczaniu, kontrolowaniu, sprawdzaniu, monitorowaniu mam trochę "spokoju". Mój czas to wprawdzie nie godziny, dni, miesiące, a cykle.. ale tym razem niczego się nie mogę spodziewać, więc nie otwieram o poranku nerwowo kalendarza i nie patrzę który to właśnie dc. Jest mi to obojętne.
Nie jest mi jednak obojętne co dalej, a myśli mam różne... ogarnął mnie strach jakiś i myśli złe i niefajnie się z tym czuję. Zeszłotygodniowy stres wychodzi ze mnie każdą częścią mojego ciała, wyładowuję się na mężu, mamie i wszystkich, którzy w niedalekiej odległości mnie otaczają. Ryczę właśnie, "bo mąż nie oddzwonił i nie powiedział, o której wróci z pracy". To ja w moim najgorszym wydaniu, znielubionym przez siebie i bliskich. Pewnie się do tego jeszcze dołożyła opowieść kolegi z pracy o znajomych, którym się nie udawało i nie udawało i mieli inseminację i 2 in vitro i nic i się decydują na adopcję. Wiem, że on to bezwiednie zrobił, bo nie wie przez co przechodzę, ale "siekło" mnie. I taka jestem od tych kilku godzin przydepnięta. Boję się, że nam się nie uda i zostaniemy sami. U nas adopcja nie wchodzi w grę. Mój mąż nie chce nawet o tym rozmawiać, bo po pierwsze nie dopuszcza opcji pt. "nie uda się", a po drugie - jak dziecko to tylko nasze i żadnych innych kombinacji.
......niech mi powrócą lepsze myśli, bo źle mi przestrasznie. Tłumaczę sobie, że przecież tyle możliwości mam niewykorzystanych, ale coś nie mogę wskoczyć na właściwy tor.
W kółko to samo. Góra, dół, góra, dół, góra.... . Monotonia.
Może powinnam zamieścić gdzieś ogłoszenie "zamienię DC na TC. Pilnie!"... może Jakieś Siły odpowiedzą na nie.
Trzeba zniknąć
10 miesięcy temu
