wtorek, 30 czerwca 2009

Ogłoszenie

Po chorobliwym wręcz odliczaniu, kontrolowaniu, sprawdzaniu, monitorowaniu mam trochę "spokoju". Mój czas to wprawdzie nie godziny, dni, miesiące, a cykle.. ale tym razem niczego się nie mogę spodziewać, więc nie otwieram o poranku nerwowo kalendarza i nie patrzę który to właśnie dc. Jest mi to obojętne.
Nie jest mi jednak obojętne co dalej, a myśli mam różne... ogarnął mnie strach jakiś i myśli złe i niefajnie się z tym czuję. Zeszłotygodniowy stres wychodzi ze mnie każdą częścią mojego ciała, wyładowuję się na mężu, mamie i wszystkich, którzy w niedalekiej odległości mnie otaczają. Ryczę właśnie, "bo mąż nie oddzwonił i nie powiedział, o której wróci z pracy". To ja w moim najgorszym wydaniu, znielubionym przez siebie i bliskich. Pewnie się do tego jeszcze dołożyła opowieść kolegi z pracy o znajomych, którym się nie udawało i nie udawało i mieli inseminację i 2 in vitro i nic i się decydują na adopcję. Wiem, że on to bezwiednie zrobił, bo nie wie przez co przechodzę, ale "siekło" mnie. I taka jestem od tych kilku godzin przydepnięta. Boję się, że nam się nie uda i zostaniemy sami. U nas adopcja nie wchodzi w grę. Mój mąż nie chce nawet o tym rozmawiać, bo po pierwsze nie dopuszcza opcji pt. "nie uda się", a po drugie - jak dziecko to tylko nasze i żadnych innych kombinacji.

......niech mi powrócą lepsze myśli, bo źle mi przestrasznie. Tłumaczę sobie, że przecież tyle możliwości mam niewykorzystanych, ale coś nie mogę wskoczyć na właściwy tor.

W kółko to samo. Góra, dół, góra, dół, góra.... . Monotonia.
Może powinnam zamieścić gdzieś ogłoszenie "zamienię DC na TC. Pilnie!"... może Jakieś Siły odpowiedzą na nie.

piątek, 26 czerwca 2009

Balon

Jestem po kontroli u lekarza. Szłam z przekonaniem, że to formalność. Ale nie. Mój organizm miał dla mnie kolejną niespodziankę. Niespodziankę w postaci balona na prawym jajniku. Skąd do cholery wzięła się ta torbiel? w dodatku po prawej stronie, gdzie pęcherzyk pękł? musiała wyrosnąć po owulacji. Więc na miesiąc antykoncepcja, żeby to wyczyścić i jak będzie dobrze, to w następnym cyklu start.

Nie wiem już co mam o tym wszystkim myśleć. Jak ja mam się nastawić optymisycznie, jak dopiero co to zrobiłam i proszę. Prezent, bonus, niespodzianka. Dla stałej klientki jajnikowych atrakcji. Gratis taki. Niech to szlag.

I nie martwi mnie to czekanie do następnego cyklu. Czekałam 2,5 roku, poczekam jeszcze tyle, ile będzie trzba. Tylko zastanawiam się, co jeszcze? co jeszcze się zdarzy? Nie ma tu jakiegoś limitu? No bo do cholery, taka "chojność" losu tylko dla mnie? Czyż to nie jest lekka przesada?

czwartek, 25 czerwca 2009

Problem nr 4

Otrząsnęłam się. Pozbierałam.
Ale ciężki to był wtorek... Dla nas obojga.
Mąż tak się zapierał, że nie ma stresu, a jak szliśmy po wynik (uparł się, że idziemy razem) to się blady nagle zrobił i zamilkł aż do momentu mojego wyjścia z laboratorium. Później ryknęłam... postaliśmy na parkingu, aż się trochę ogarnęłam i rozjechaliśmy się z powrotem do pracy.
Siadłam przed komputerem, łzy mi się zbierały co kilka minut, ale trzeba się było trzymać, bo za chwilę do przeprowadzenia dwie rozmowy kwalifikacyjne. Odbębniłam je. Z wyrzutem sumienia, że może za mało się dowiedziałam o tych dziewczynach i może niewłaściwą decyzję podejmę, ale wtedy zależało mi na tym, żeby załatwić to, co ma swój termin i "prysnąć" do domu. I prysnęłam... pobeczałam jeszcze trochę i padłam jak mucha.

Dziś 1 dzień nowego cyklu. Jutro kontrolne usg i jak wszystko będzie ok, to w sobotę startujemy znów z zastrzykami. Trochę mi to poprawiło humor, że nie trzeba długo czekać na kolejną próbę. Jeśli jutro wszystko będzie ok, to mam nadzieję spokojnie przebrnąć przez cały cykl. Jajniki reagują na stymulację - pęcherzyki rosną, pęcherzyki reagują na "dopalacze" - pękają, druga faza reaguje na wspomaganie - i nie ma 'niedomagania', a stworki z ogonkami na 6.
Więc! mówię sama do siebie: już się nie ma co zamartwiać na zapas, tylko trzeba czekać na efekt, skoro podłoże przygotowane. Myślę sobie, że zdrowi ludzie, przy próbach we własnej sypialni, też nie od razu trafiają... Chciałabym, żeby mi się taka postawa utrzymała. Ale rzeczywistość jak zwykle to zweryfikuje. Ja, nadworny nerwus i stresor zbyt gładko nie mogę przejść przez te tematy;)

Oczywiście nie byłoby tego wszystkiego, tych mozolnych starań, tych wyrzeczeń, cierpienia, badania krwi co miesiąc, garści tabletek, zastrzyków i niedrożnego jajowodu i laparoskopii i bloga tego by nie było.... gdyby Pani Rokita wystąpiła w TV ze trzy lata wcześniej. Pojechalibyśmy wtedy na urlop, pogadali (bo my tak w milczeniu przez te lata) i z pewnością owulacja by powróciła do normy, a jajowód by się udrożnił. Tylko, Posłanko Rokito, my gaduły jesteśmy, i jakbyśmy się tak zagadali, to jeszcze zaczęłabym owulować 24 na dobę 7 dni w tygodniu i co wtedy jakbyśmy się tacy megapłodni stali? Kto wychowałby i utrzymał te wszystkie nasze dzieci? Jednak musi Pani jeszcze coś dopracować, ale z pewnością jest Pani na właściwym tropie.

No nic, rozpisałam się, a tu czas "pogadać, porozmawiać, usiąść razem, zjeść kolację", w końcu ten cykl ma być owocny... ;)

http://www.tvn24.pl/-1,1606833,0,1,nelly-rokita-nie-ma-normalnej-rodziny,wiadomosc.html

wtorek, 23 czerwca 2009

Droga do "bety"

O 7.00 byłam w laboratorium. Powiedzieli, że nie mają odczynnika i wynik na czwartek.
Zły znak pomyślałam. Pojechałam do innego. Zrobiłam Beta-HCG na cito. Wynik na 12.00.
W drodze powrotnej dostałam mandat za prędkość - 3 stówy i 6 punktów. Zły znak, znów pomyślałam, źle dzień się zaczął...

O 12.00 byłam w laboratorium.

Wynik <1

Nie udało się... ;((((((((((((

Zły to dzień...

niedziela, 21 czerwca 2009

Mistrzyni zamartwiania

Zamartwianie - jestem w tym doskonała. Gdyby przyznawali za to jakieś nagrody - triumfowałabym na podium.

Piątek był pierwszym dniem po IUI, kiedy wstałam bez bólu brzucha. Zamiast się z tego cieszyć, zamartwiałam się, czy to nie jest zły znak, czy to nie jest "cisza przed burzą". Wieczorem brzuch zaczął pobolewać znów i od razu było mi "lepiej".

A dziś zaczęłam się zastanawiać - jeśli się nie udało, to dlaczego? i czy przypadkiem mój pęcherzyk nie był pusty? Bez jajeczka? I co ja wtedy zrobię? Mąż spojrzał na mnie porozumiewawczo spojrzeniem nr 8 - czyli: kobieto, stuknij się w głowę i przestań wymyślać. Ale nie powiedział nic.

Nie ma we mnie prawie w ogóle optymizmu. Zamiast cierpliwie czekać , bo i tak nic więcej teraz nie zrobię, to ja kłębię w głowie pesymistyczne myśli pomieszane z pytaniem co będzie dalej jeśli "nie".

Nie chcę już "nie". Mam dość "nie", "pod górkę", "problemy". Dość, dość, dość, dość! Gdybym była z 25 lat młodsza tupałabym teraz nogami. Wrzeszczałabym i tupała. Ale trzydziestolatka już raczej nie tupie i nie wrzeszczy.

ech...

Niech będzie "tak". Chcę już "tak". Tak bardzo chcę...

Zostało już mało czekania. Mój organizm dał radę, druga faza ma dziś 12 dni, zatem cokolwiek by się działo, mieszczę się już w granicach tolerancji. O niedomodze mogę nie myśleć. Zuch organizm.
Ale im mniej czekania, tym bardziej się niecierpliwię. Denerwuję się, chce mi się płakać, chce mi się złościć, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Dziś mi się tak zrobiło.

Ale wytrzymam. TO już niedugo.
Pytanie tylko czy będę płakać z radości czy z rozpaczy. Bo to jest jedyna pewna rzecz, że będę. Woda w okolicach oczu już mi się gromadzi od jakiegoś czasu, więc przy najbliższej okazji uszczelka pęknie...

środa, 17 czerwca 2009

Półmetek?

Połowę mam za sobą - to jedyne, co jest pewne.
Co będzie z drugą połową - czas pokaże. Staram się myśleć pozytywnie, mimo, że samopoczucie bez zmian.

Poza tym nie mogę wyjść z podziwu nad moim genialnym przedwczorajszym pomysłem zrobienia dodatkowych badań. Badań ze strachu przed czymś, co nie nastąpiło. Ja wiedziałam, że hormony mogą spowodować zaburzenia emocjonalne, ale nie sądziłam, że dodatkowo zakłucają myślenie;)
To był pomysł na miarę mnie sprzed conajmniej 2,5 roku, kiedy w temacie problemów z płodnością nie wiedziałam nic i panikowałam w każdej kwestii, reagując właśnie takimi bezmyślnymi i czasem absurdalnymi zachowaniami. No ale skoro pomysł został zrealizowany, to już nie ma co analizować. Że nie wspomnę o wiarygodności wyników... jak może mi wyjść np. właściwy progesteron, skoro dostaję go 300 mg dziennie w tabletach ponad to, co produkuje (mam nadzieję;) ) mój organizm. Dobra jestem, nie ma co. Moje wyniki, na które szczególnie nie czekam odbieram jutro.
Ale przynajmniej mam się dziś z czego śmiać, bo dzień w pracy mnie zmordował - był ciężki i zdecydowanie za długi. Szef wpadł jak rakieta, nieszczęśliwy z jakiegoś bliżej nie znanego mi powodu i skutecznie wyżył się na wszystkich, trzaskając przy tym każdymi drzwiami, waląc pięściami w stół "bo mu się mail nie chce wysłać" i rzucając się na swoim jakże skórzanym fotelu machając krawatem w niestonowanych kolorach agresywnie odbijających się od koszuli. A.... Dziś rano w radio ktoś powiedział, że jak facet ma kiepską twarz, to zakłada rzucający się w oczy krawat... :D
ale.. dość o pracy. Przecież to mój blog huśtawkowy z wiadomym tematem przewodnim:)

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Słońce i krem czekoladowy

to dwie rzeczy, które zawsze, ZAWSZE poprawiają mi humor. Krótkoterminowo. Ale poprawiają. Dziś do południa było słońce. Po południu wciągnęłam ... kilka łyżek nutelli.
Po południu też był zryw zdobycia skierowania na badanie poziomu hormonów. W końcu już ze 4 tygodnie się nie kłułam, czas najwyży;) a tak poważnie - przyszedł czas na zbadanie prolaktyny i h. tarczycy, więc jak już mam się kłuć, to sprawdzę inne rzeczy. Wymyśliłam ich kilka. Trochę to spowodowane tym bólem brzucha... i choć na razie nic poza tym się nie dzieje, to ja już ze strachu, że będą tego jakieś negatywne konsekwencje postanowiłam na zapas sprawdzić poziom innych hormonów, które mogą być przyczyną ewentualnego bałaganu. Tak. Zgadza sie - naczytałam się w sieci różności, choć obiecałam sobie, że nie będę tego robić.

Co jeszcze na dziś? od kilku minut mam rzucawkę patrząc na uzewnętrzniającego się na temat in vitro pana Gowina. Polecam zamiast kawy - doskonale podnosi ciśnienie. Przynajmniej mi.
Z całym szacunkiem Panie Gowin, ale słyszy Pan co Pan mówi? Litości! I Panie Gowin, jeśli sposobem na opieszałość kolegów i w odpowiedzi na brak "kontroferty" jest groźba całkowitego zakazu in vitro to mi już ręce opadają. Dlaczego o takich sprawach decyduje Pan, a nie ci, których problem niepłodności dotyczy?! wrr... ! życzę Panu wielu przemyślanych decyzji. Powodzenia!

Mój 18 dc powoli się kończy. Przetrwałam kolejny dzień. A jutro mija tydzień od IUI.
Czekam na wtorek.

niedziela, 14 czerwca 2009

Huśtawkowo

Czuję się lepiej, chyba zwiększona dawka luteiny i uspokajający telefon do lekarki pomogły.
Ale nadal brzuch pobolewa, mrowienie w piersiach zostało, a ja obsesyjnie się obserwuję. Obserwuję i proszę mój organizm, żeby mi nie robił niczego złego... żebym chociaż wytrwała te 10 dni jeszcze. A później będę myśleć co dalej.

Takie to wszystko wariackie i pokręcone. Wydawało mi się, że jak usłyszę, że "pęcherzyki pękły", pierwszy raz po tak długim czasie, to będzie ok... Ok - w sensie przekroczenia jakiegoś etapu, w końcu... Ale nie przewidziałam jeszcze schodów teraz. I tak strasznie mnie to denerwuje. Taka niemoc, bezradność i zależność od psotliwej natury. Niesprawiedliwe, moim zdaniem. Ale cóż, widocznie tak mi pisane. Będę,w miarę możliwości, cierpliwie czekać i cieszyć się z każdego dnia drugiej fazy cyklu... cóż mi innego pozostało;)

Teraz to mam dopiero huśtawkę... to też trochę wina mojego przewrażliwienia. Bo jak przez 2,5 roku było tylko pod górkę, to jak jest lepiej, to się boję, że się znów popsuje. Nawet teraz pisząc tego posta zawahałam się przed użyciem słowa "lepiej", tak jakby z obawy, że zaraz zapeszę.
Jakby to powiedział jeden mój kolega - "na psychę mi to wszystko siadło" ;) pewnie i siadło.

I na tym kończę 17 DC.... ;)

piątek, 12 czerwca 2009

Obsesja?

dziś mam 15 dzień cyklu. Dziwnie się czuję. Napisałam poprzednio, że teraz 14 dni czekania... a dziś nie wiem czy doczekam aż tylu. Czuję się tak, jakbym niebawem miała dostać okres. Oznaczałoby to tym razem zaburzenia 2 fazy cyklu, ale dlaczego? w końcu pęcherzyk pękł, a hormony mam w normie, dostałam luteinę... A może już schizuję? Może to obsesja? Tak czy siak, odcinek lędźwiowy mnie boli, napięcie w piersiach, nerwowa jestem... boże, błagam, tylko nie zaburzenie 2 fazy cyklu, nie teraz, nie chcę, błagam... żebym chociaż doczekała czasu "za 12 dni", już bez względu na efekt, ale niech się to unormuje.... Co 30 minut biegam do łazienki i sprawdzam, czy nic złego się nie dzieje... zaaplikowałam sobie jeszcze jedną tabletkę luteiny, na wszelki wypadek. Normy dobowej nie przekroczę.
Nie wiem co się dzieje z moim organizmem. Może to po tych wszystkich lekach? Może ja przewrażliwiona jestem?

Nie wiem. Już nic nie wiem:(
Nie chcę, żeby działo się znów coś złego... tak bardzo nie chcę.

środa, 10 czerwca 2009

13 DC

W pracy jakoś czas leciał, dużo się działo. Najgorzej było po.
Wróciłam do domu ok. 17. Miałam 1,5 godziny do wyjścia, trwało to wieczność. Nosiło mnie nieziemsko, pożarłam w ramach usprawiedliwionego stresu, bezkarnie... słoik małej nutelli. Dziś mogłam:) Wyjechałam pół godziny wcześniej, jak na złość w klinice ludzi cała poczekalnia. Przede mną 5 dziewczyn. Czekałam ponad godzinę, choć czułam godzin milion, albo dwa, napady gorąca i zimna naprzemian.... w końcu moja kolej. Szybkie wprowadzenie sondy, widok na prawy jajnik .... lekarka jeszcze nic nie powiedziała, ale ja już widziałam... zniosłam to jajo, zniosłam!!! myślałam, że rzucę się na ten ekran. Lewa strona nie pękła. Trudno, nieważne. Najważniejsze, że pękł chociaż jeden pęcherzyk, że mój oporny organizm płatający figle postanowił się trochę mi poddać. Pomijam fakt, że dopiero co, w trakcie laparoskopii, udrożniony został lewy jajowód, bo prawa drożna strona nie odpowiadała na stymulację. Tymczasem pękłam po stronie prawej, a lewa sobie śpi. Ech, nic to. Po raz pierwszy od 2,5 roku doszliśmy do takiego etapu i z tego powodu jestem najszczęśliwsza. Gdyby nic nie pękło skazana bym była na in vitro, bo lepszych leków już nie ma od tych, które dostałam. Oczywiście brałam to pod uwagę, bo chcę być mamą za wszelką cenę, ale nie ukrywam, że jednak budziło to we mnie "lekkie" przerażenie.
Tak czy siak, wyszłam z gabinetu i ciekły mi łzy z radości. Tyle miesięcy w bezwładzie i w końcu jakiś ruch. Malutki na razie, ale ruch, krok do przodu.

Teraz luteina 2x2 i czekam. Mam kolejny etap przed sobą, 14-dniowy. Mam spokój jak na razie.
Trzyma mnie radość dzisiejszego dnia. Mąż też cały zadowolony.

Emocje mnie dziś wykończyły. Czas spać. Mam nadzieję, że zasnę spokojnie....
bo przed 23.00 jadąc odebrać męża ze służbowej imprezy... zaliczyłam makdonalda. Doskonała pora na wciągnięcie jakże zdrowego i pożywnego zestawu wieśmaka. Ale dziś mi wszystko wolno. Za te nerwy, za ten stres.

wtorek, 9 czerwca 2009

po inseminacji

Już po.
Pęcherzyki czekały - jeden 20, drugi 22 mm, endo 10 mm.
Materiał męża wzorowy - ginka powiedziała, że rzadko im się trafiają takie super wyniki mężczyzny. Moje żołnierzyki;)
Nie obyło się bez przeszkód - mam taką budowę, że ciężko było dotrzeć do celu, ale się udało.
W trakcie przegadałam z lekarką chyba ze 30 minut. Super kobieta z niej. Ekstra fachowa, rzeczowa i do tego taka ludzka i serdeczna. Lubię ją i czuję się spokojna w "jej rękach".

A teraz... teraz czekam na jutrzejszą godzinę 19.00 - usg. To będzie moja chwila prawdy - dowiem się co postanowiły moje pęchzerzyki. I błagam je, żeby pękły. Niech pękną. Niech pękną.... NIEEEECCHHHHH PĘĘĘĘKNĄĄĄĄĄ!!!!
na tym etapie mnie to najbardziej uszczęśliwi....

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Przyspieszamy...

Byłam dziś pierwszą pacjentką w gabinecie.
7.50 usg, moje pęcherzyki miały już 20 i 17 mm (szału nie ma, ale ok), endo też przyzwoite, więc decyzja, że podajemy ovitrelle, rano, zaraz. Oczywiście nie spodziewałam się takiego biegu spraw i nie zabrałam zastrzyku ze sobą. Zadecydowałam, że bliżej do apteki z nową receptą niż 20 km do domu. Miałam wrócić do gabinetu z zastrzykiem.
Ale.. okazało się, że w pobliskiej aptece nie ma tego leku, musiałam jechać do centrum, oddalając się tym samym od gabinetu, a przybliżając do pracy. Bez sensu było wracać przez całe miasto na zastrzyk, zwłaszcza, że na 9 musiałam być już przy biurku. Chwila zastanowienia - sama sobie nie zrobię, w pobliżu żadnej przychodni, poza tym trzeba mieć skierowanie. Telefon do męża... no i pojechałam do niego do biura. Komedia, wpadłam ukradkiem, weszliśmy obydowje do łazienki, szybki zastrzyk, zaraz po nim ukradkiem "zwiałam". Po raz pierwszy śmiałam sie przy zastrzyku, nie było nawet czasu na stres. Mam nadzieję, że nikt nie zauważył naszego "numeru w toalecie" :)

Jutro o 19 inseminacja. Błagam moje pęcherzyki, żeby pękły o czasie... żeby w ogóle pękły...
Dobrze, że po 3-tygodniowej nieobecności miałam na tyle dużo pracy, że nie było czasu na myślenie. Teraz jestem tak zmęczona, że mózg też już ma zwolnione tempo.
Jutro o tej porze już będziemy blisko 'finału'. Pojutrze już powinnam wiedzieć, czy pękły.
48 godzin. Wieczność. Co to będzie... co to będzie. Boję się trochę.
Ale mimo wszystko jestem w miarę spokojna. Przestałam obsesyjnie obserwować swój organizm i zastanawiać się, "czy kłucie w jajnikach onzacza owulację teraz? o boże, żeby nie za wcześnie", "a może owulację nadchodzącą?", "a może jej brak?", "a może nie?", a kto to wie. Ufff czekam. Czekam cierpliwie, nic mi nie pozostaje innego.
W ramach zabawnego przerywnika - przypomniało mi się, jak koleżanka kiedyś powiedziała, że tak bardzo chciała, żeby jej pęcherzyki pękły, że w dniu spodziewanej owulacji ugniatała sobie pięścią brzuch:) Ja tam dałabym się nawet kopnąć w ten brzuch, gdyby to coś pomogło;)

Ech... zmykam. Czas na odpoczynek. Jutro ważny dzień....

I post mi wyszedł wcale nie taki markotny nawet;)

niedziela, 7 czerwca 2009

lekki spadek

I znów się zaczyna moja huśtawka... Staram się trzymać, staram się robić wszystko, co sprawia mi największą radość, stram się nie myśleć, nie analizować. Ale momentami pękam. Wszystko mnie dziś wkurza.

Dobrze, że dziś ostatnie zastrzyki. Te podwójne kłucia doprowadzają mnie już do szału. Mąż robi to wprawdzie super delikatnie, ale zrobiłam sie nerwowa i obniżyła mi się chyba granica bólu i cierpliwości do minimum. Ostatnio się rozbeczałam jak mała dziewczynka, jakby nie wiem co mi robiono. Nie lubię siebie takiej. M. wymyśla nowe sposoby, typu zastrzyk na leżąco, żebym sie tak nie spinała. Stara sie bardzo, a ja go znów młotkiem po głowie. Dobrze, że ma do mnie tyle cierpliwości.


Źle ostatnio sypiam. I boli mnie brzuch. Pewnie to działanie zastrzyków.
Chce mi się płakać. Powstrzymuje mnie tylko obecność męża, na to on nie ma cierpliwości... bo "po co płacz, skoro nie ma powodu". No niby nie ma. Ale.


Jutro kontrola u lekarza. Jadę jeszcze przed pracą. Ciekawe jak się mają moje pęcherzyki.

Jestem zmęczona tym wszystkim. Ale nie będę dziś pisać o obawach. W końcu to 10 DC, jeszcze trochę mam nadzieję przede mną...

piątek, 5 czerwca 2009

Bąbolada... ;)

Piątek, piąty czerwca, nasza piąta rocznica ślubu, dzień na piątkę.

Mąż rano przed wyjściem do pracy mówi: zadzwoń, jak wyjdziesz od lekarza, ciekawy jestem co tam urosło, jestem pewny, że Twoim brzuchu jest bąbolada;) Poczym dodał z rozpychającą go dumą: widzisz, już w końcu kumam, o co w tym wszystkim chodzi! Ach, co ja bym bez tego mojego wariata:)

Jestem po kontroli – aż by się chciało taśmowo powiedzieć: wyhodowałam pięć pęcherzyków;)
Ale nie jestem aż tak zachłanna – zadowalam się dwoma trzynastomilimetrowcami. Jeden po lewej, drugi po prawej. Bardzo się zadowalam. Dostałam jeszcze receptę na kolejne zastrzyki – do poniedziałku i w poniedziałek kontrola. Trochę zamieszania, bo pojedyncze dawki to „pięćdziesiątki” i nie są to już naboje do pena. Oznacza to wersję kombinowaną – w penie mam jeszcze 0,75 zatem do poniedziałku mam 0,25 z pena + 0,50 ze zwykłej strzykawy. Dwa kłucia, ale już trudno. Kupiłam najcieńsze igły jakie były w aptece i jakoś damy radę z moim osobistym pielęgniarzem. Endometrium też nienajgorsze – 6mm na początek może być.

Przyjęłam postawę asekuracyjną. Tak strasznie się boję myśleć co będzie (żeby się nie denerwować, lub ewentualnie nie zapeszyć), że trzymam się wydarzeń bieżących nie wykraczając nawet o jeden dzień w przód. Przyłapałam się na tym jak sprawdzałam dzień cyklu w kalendarzu. Zaznaczam każdy dzień dopiero jak otworzę kalendarz. Dawkę zastrzyku notuję po jego podaniu. Podzieliłam sobie to wszystko na etapy. Na razie doglądam dalej mojej hodowli, zobaczymy co tam ładnego wyrośnie i wtedy będę zajmować głowę dalszym etapem.

A tymczasem zmykam, małż w drodze, zapowiedział porwanie na jakąś rocznicową kolację, muszę się więc troszkę wypacykować. Do poniedziałku!