środa, 25 marca 2009

Czekam

Czekam na @ jak nigdy... ale jeszcze 6 dni conajmniej. Później usg, na nie też strasznie czekam, mam nadzieję, że będzie "czysto" na jajnikach i zacznę stymulację. Na zastrzyki już się nastawiłam psychicznie. Trzeba, to będę sobie robić.
Nie robię sobie wielkich nadziei, ale czekam na tę inseminację jak na wielkie wydarzenie. Nie wiem czego się spodziewać po moim organiźmie. Będzie choć raz pokorny? Czy zrobi znów psikusa... Naczytałam się o różnych wspomagaczach oprócz pregnylu, które powodują pękanie pęcherzyków. Przy następnej wizycie muszę podpytać lekarkę.

Poza tym marzę o urlopie. Jestem zmęczona, małż też, atmosfera nieco nerwowa i niestety odbija się to na naszych relacjach. Niech już się zacznie prawdziwa wiosna...
Może chociaż na weekend ruszymy za miasto. Czas odpocząć, skoro kwiecień ma być taki ważny...

poniedziałek, 16 marca 2009

byle do kwietnia

Nastrojowo lepiej. Choć fizycznie beznadzieja. Nadal się słaniam na nogach, jest mi słabo i niedobrze. Jeśli jednak te męki wynagrodzi mi upragniony dzidziuś - zniosę wszystko.
Nie wiem jak to będzie z kwietniową inseminacją. Coś mi się wydaje, że termin może przypaść w święta. Wtedy będę musiała czekać kolejny miesiąc. Chociaż... z moim organizmem to nigdy nic nie wiadomo. Może się okazać, że akurat się wstrzelimy..

Zaczynam znów myśleć. Myśleć, myśleć. Przede mną kolejny etap, kolejna nadzieja. I cholera nie wiem, czy wyjść z założenia, że pozytywne myślenie to połowa sukcesu, czy się zdystansować, żeby nie narobić sobie znów nadziei....
no tak... mówię o tym, czyli już sobie robię nadzieję. Skoro tak, to nie pozostaje mi nic innego jak
myśleć pozytywnie. Kiedyś przecież musi się udać. Musi.

Nie mogę się doczekać kwietnia. Chciałabym, żeby "to wszystko" zaczęło się dziać.
Niech czas szybko leci....

sobota, 14 marca 2009

jutro na pewno będzie lepiej,,,

Kiepsko mi.
3-ci dzień na logeście i powtórka z rozrywki. Jest mi niedobrze, kręci mi się w głowie. No i oczywiście humorzawka. Próbowałam zająć się ulubionymi czynnościami, ale nawet one mi dziś nie sprawiają radości, weny też nie mam. Pędzel i kredki nie chcą malować moich niekreatywnych pomysłów. Trudno. Nic na siłę.
Wzięłam się za czytanie bzdur w necie. Oczywiście wlazłam na forum o niepłodności - mimo, że milion razy sobie obiecywałam, że już niegdy więcej. Ech, durna baba ze mnie;)
Ale nawiązałam kontakt z dziewczyną starającą się i również niemogącą zaciążyć i przez chwilę raźniej się zrobiło.

Zmykam. Jutro będzie nowy dzień. Postaram się wstać prawą nogą i robić tylko przyjemne rzeczy, żeby był dobry :)

środa, 11 marca 2009

i wszystko wraca do "normy"

po tym rozluźnieniu przez ostatnie kilkanaście dni zaczęłam się już martwić, czy aby wszystko ze mną w porządku. Tym bardziej, że dziś zapomniałam, że idę do lekarza, nie zadzwoniłam potwierdzić i pojechałam w końcu w ciemno.

Ale od tej pory wszystko wraca do "normy", bo:
Oczywiście niepęknięte pęcherzyki się nie wchłonęły = znów na miesiąc antykoncjepcja - wiedziałam...
Jak zjem całe opakowanie logestu - kontrola, czy jest już "czysto". Jeśli tak - to start z gonalem.
Zastrzyki do samodzielnego podawania. Drogie jak skurczybyk - cała seria to jakiś tysiak.
Ryzyko ciąży mnogiej większe niż przy clo, może dojść do hiperstymulacji. Ale to akurat na tem moment mnie nie martwi.
No i jak się już bierze taką górną półkę to nie przelewki. Nie ma pracy domowej - kolej na inseminację - to też wiedziałam.
Całość w sumie to "impreza" na jakieś dwa tysiące. Trudno, nie pojedziemy na majówkę, ale to mnie też nie martwi nic a nic.
Oczywiście gonal nie daje mi gwarancji, że pęcherzyki pękną.
Ale na razie tego nie zakładam i nie piszę "co dalej gdyby", choć wiem co...
ach, czas pokaże co będzie dalej.
A może i moje puzzle się w końcu poukładają? Przecież nie może cały czas być źle, hm?
W podstawówce "kulałam" z matmy, w liceum z chemii, na studiach z gramatyki strukturalnej, w narzeczeństwie doskwierała mi obecność w tle "tej byłej". Wszystko to pokonałam i wyszłam "na swoje". To może i ten etap jakoś przebrnę.


Nie zmienia to jednak faktu, że załapałam maruda. Dziś znów się huśtam. Niby nie myślę i mam luz. Ale jednak myślę. Myślę co będzie jak te cholery nie pękną.
I tak w kółko. Nie znoszę tego:(

dziś się wyśpię i mam nadzieję, że jutro będzie dobry dzień. Pa

wtorek, 10 marca 2009

Zawiesiłam się

i mija kolejny tydzień. W 5 DC miałam się zgłosić na kontrolę.
Dziś mam teoretycznie 4 (praktycznie 12... zawsze tak mam jak pęcherzyki nie pękają, dwa tygodnie męki i zawsze o tydzień za wcześnie).
Pójdę jutro... chyba.
Nie wiem co mi się stało, znów się zawiesiłam, po prostu mi się nie chce tam iść, choć wiem że muszę. Zobaczymy jaki plan działań ustali mi ginka i "ustawię" się na konkrety na kolejny cykl.

Poza tym kontakt z małymi bąblami dobrze mi robi. Ostatnie kilka dni z rzędu
miałam "pod ręką" takie małe Przytulanki - wywołują u mnie b.pozytywne emocje;)
Może stąd ten spokój? Oby częściej.

Spadam. Zmęczona jestem, a i humor popracowy średni. Na szczęście jeszcze 3 wstawania i weekend:)

niedziela, 1 marca 2009

trochę lepiej :)

Mam się całkiem przyzwoicie. Stan nijakości minął, stan spokoju się utrzymuje.
Założyłam bloga, żeby uzewnętrzniać moje hormonalne huśtawki, które miesiącami mnie trzymały, a tymczasem nie czuję obecnie takiej potrzeby.
Przestały mnie drażnić kobiety w ciąży, wiem, niezdrowy to był odruch, ale wiem też, że nie jestem jedyna, która tak miewa.

Ale cieszę się, że mam się właśnie tak. Niech tak zostanie.

Pewnie tak będzie do kolejnej stymulacji. Na ten moment wiem, że mam około mięsiąc przerwy od leków. Nie będzie biegania co drugi dzień na "uesa", nie będą brzęczeć przypominajki w telefonie "weź tabletkę".
Mam w planie spożytkować ten czas na odpoczynek, relaks, zbieranie sił na następny czas i zadbanie o formę - od jutra fitness;)