skip to main |
skip to sidebar
Dziś zadzwoniłam do mojej lekarki. Część planu przewidziałam: kolejny cykl przerwa od leków, w 5 DC kontrola jajników - jeśli będą torbiele po niepękniętych pęcherzykach - antykoncepcja na kolejny miesiąc. Jeśli będzie "czysto" to czekamy do następnego cyklu i dostanę nowy preparat na stymulację - gonal.
Dżizes! poczytałam w necie, to zastrzyki, które się aplikuje w brzuch. Są w formie "długopisów"- gotowych zastrzyków do podania. Ale najlepsze jest to, że to będzie praca domowa! Nie wiem jak się przmogę do robienia sobie zastrzyków, ale to się będę zastanawiać/martwić jak przyjdzie na to czas.
Póki co, odpoczywam.
Dziś nie myślę i nie analizuję. Płakać też mi się nie chce.
Ale ndal mam się nijak.
Poczytałam trochę o gonalu - jak ze wszystkimi lekami jest pół na pół - jednym się udaje, innym nie.
A czas pokaże jak to będzie ze mną:)
Do ginki nie zadzwoniłam. Bieganina w pracy, nie miałam kiedy, a po powrocie do domu jakoś zwiędłam. Miętoliłam w garści telefon i kartkę z pytaniami do niej i na tym się skończyło.
Jeden dzień w tą czy w tamtą nie robi mi różnicy. I tak kolejny cykl stracony, bo pod rząd nie można stymulować.
Ostatnie wydarzenia spowodowały u mnie lekkie zobojętnienie. Może to i lepiej, łatwiej będzie mi przyjąć kolejne niepowodzenia. Trzyma mnie to już od jakiegoś czasu, pewnie dlatego ostatnio płakałam tylko w weekend, a nie na przykład do dziś;)
A dziś? dziś rozmawiałam z koleżanką, która "zachodziła w ciążę" również ponad dwa lata i się udało, a teraz dookoła ma mnóstwo starających-niemogących i takich, które po wielu latach są szczęśliwymi mamami. Optymistyczne. Huśtawka znów na górze... ?
Może i tak.
Z drugiej strony dopadło mnie zniechęcenie i taka nijakość. Nie chce mi się o tym wszystkim myśleć, ale analizuję, więc jednak myślę.
Nie chce mi się dziś ustalać kolejnego superplanu. Zapewnie znajdzie się jeszcze jakaś garść leków, którymi mnie nie karmiono. I ok. Będę je "jadła". Ale z nastawieniem, że później może będzie trzeba łykać kolejne, inne, nowe, lepsze, prowadzące do celu lub znów "pudłujące".
Jestem na to wszystko gotowa, bo wiem, że kiedyś się na pewno nam uda. Musi.
Luty 2009... Kontrola hormonów - TSH podwyższone, PRL 3 x norma. Przecież nie może być za dobrze. Zwiększamy dawkę Bromergonu, dołączamy Letrox. Wyniki wracają do normy. Minimalna redukcja Bro, Letrox pozostaje.Kontrola USG w 3 DC, "teren" czysty po ostatniej antykoncepcji - zaczynamy stymulację!Na początek Clostylbegyt. Po tych wszystkich lekach czuje sie masakrycznie. Zataczam się, żygam, ryczę jest fatalnie. Ale są też i dobre wieści - śliczne trzy pęcherzyki rosną, w tym dwa po drożnej stronie.Chodzę nakręcona i już myślę, co będzie, jak obydwa pękną... tyle czekania i dwa szczęścia na raz... no ale staram się zbytnio nie nakręcać. Dostaję kolejny lek - estrofem, na endometium. Biegnę na kolejne usg. Pęcherzyki mają po 19 mm, podajemy Pregnyl i do dzieła!zadziałaliśmy... pierwszy raz od miesięcy podeszłam do tego na luzie. Seks był superprzyjemny,.... aż byłam zaskoczona:) z niecierpliwością czekam na kolejne usg i receptę na kolejny lek. Zgodnie z kolejnością teraz duphaston lub coś w tym stylu.Uda się tym razem?a nie uda. Usg po 2 dniach wykazało, że pęcherzyki nie pękły. Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić z płaczem do domu.Płakałam cały weekend ze złości i bezsilności, mimo, że wiem, że nic sobie tym nie pomogę, a wręcz przeciwnie. Mąż spisał się na medal. Głaskał mnie i przytulał na widok każdejkolejnej łzy. Kochany mój.a co dalej?Co teraz? Jutro dzwonię do mojej ginki. Ustalamy nowy plan działania.I zastanawiam się co wyjdzie następnym razem? Co uda się naprawić,żeby mogło się zepsuć coś nowego? Czasem sobie myślę, że już mnie nic nie zdziwi.Ale dziś mam dzień silny. Dziś nie płaczę. Może jutro...
Wszystko zaczęło się dwa lata i dwa miesiące temu. Postanowiliśmy mieć dziecko. A zatem do dzieła!
Pierwszy miesiąc starań. Spóźniam się miesiąc. To musi być „to”. Siła podświadomości jest tak silna, że zaczynam mieć mdłości, choć to niemożliwe. W Wigilię robię test, z myślą włożenia dwóch kresek mężowi pod choinkę. Niestety kreska jedna
I tak kolejne miesiące.
Mija pół roku, postanawiam wybrać się do lekarza. Oceniamy cykl. Owulacja raz jest, raz jej nie ma. Bardziej nie ma niż jest. Namierzamy więc ten dzień, „celujemy” , czekamy na efekty… i nic.
Seks powoli przestaje być przyjemnością. Kochamy się na zawołanie, bo „teraz trzeba”, a nie wtedy, kiedy siebie pragniemy. ... Rzemiosło.
Dołuję się kolejne dni, tygodnie.
Mija rok.
Pani doktor zarządza stymulację, dodając radośnie: „spokojnie, będziemy w tej ciąży”. Biegnę więc radosna wykupić receptę, pełna nadziei karmię się Clostybegytem, zaliczając wszystkie skutki uboczne. Czuję się paskudnie. Mam mdłości, zawroty głowy, a do tego… huśtawka! Płacze bez powodu, ale co tam, przecież będę w ciąży, zaczynam się więc znów cieszyć. Ostatni dzień tabletek. USG co 2 dni, sprawdzamy jak rosną pęcherzyki. ..Kiedy dominujący osiąga 19 mm biegnę wstrzyknąć Pregnyl w tyłek, żeby pęcherzyk na pewno pękł.
I pękł.
Teraz Duphaston, na wzmocnienie drugiej fazy, żeby zarodek się ładnie zagnieździł…
Dzień kolejnej miesiączki powitałam płaczem. Wyłam co pięć minut.
Znajomi powtarzali – ach, ciesz się „wolnością” póki możesz.
Rodzina zaczęła się dopytywać o potomstwo. Komentarze teściowej przy każdym spotkaniu – tyle lat po ślubie, byście się wstydzili… Mama powtarzała „wyluzuj, jak odpuścisz, to na pewno się uda”.
A mnie zalewała krew, trafiał szlag i cholera wie co jeszcze…
Zbliżał się nowy cykl, a z nim nowa nadzieja.
Tym razem postanowiliśmy zbadać męża – wyniki na piątkę. Ufff…
Kolejna stymulacja. Kolejny Clostylbegyt, kolejny Pregnyl. Pęcherzyk tym razem nie pękł mimo zastrzyku.
Dół, płacz.
Ginekolog postanawia sprawdzić mój poziom hormonów. Robimy wszystkie możliwe badania. Wyniki niemalże idealne. Podwyższona prolaktyna – no to już wszystko jasne. Dostaję bromergon i z nadzieją ruszam w kolejny cykl.
Tym razem jednak po dwóch tygodniach dostaję miesiączkę. Biegnę znów do lekarza.
Raz, drugi, trzeci, piąty. Bezsilność doprowadza mnie do szału. A moja lekarka wydaje się być wróżką, karmiącą mnie na wyczucie i wymyślając różności.
Kiedy szłam z postanowieniem, że to ostatnia wizyta u niej, ona sama zaczęła rozmowę, że „nie ma na mnie pomysłu”.
Zmieniam lekarza.
Ruszam już prosto do kliniki leczenia niepłodności, dam się obejrzeć specjalistom. Trafiam do przemiłej pani, konkretnej i rzeczowej. Na pierwszej wizycie robi bardzo dokładny wywiad. Rozpisujemy plan działania. Czuję, że jestem dobrych rękach, wychodzę spokojna.
Na początek badanie drożności jajowodów. Dzielnie poddałam się wyjątkowo nieprzyjemnemu badaniu. Jest wynik: lewa strona niedrożna. Biegnę do domu, sprawdzam wydruki USG na cyklach monitorowanych – jest! Mam przyczynę, „strzelaliśmy” na niedrożną stronę.
Rozmawiam z lekarzem. Laparoskopia na razie odsunięta na dalszy plan. Lekarka utwierdza mnie w przekonaniu, że nie mamy gwarancji efektu, a póki co, możemy zadziałać lekami stymulując owu, „polując” na drożną stronę. Nawet, jeśli zejdzie nam dłużej. Ufam jej, postanawiam działać według jej zaleceń.
Jest bardzo ostrożna. Zanim poda lek stymulujący sprawdza, czy nie ma pozostałości z poprzedniego cyklu. Nie ma sensu truć się stymulatorami, jeśli są niepęknięte pęcherzyki tworzące torbiele.
Zbliża się kolejny nowy cykl. Biorę bromergon, sprawdzam na bieżąco wyniki, potwierdzam normy. Na wszelki wypadek kontroluję hormony tarczycy TSH, FT4, kiedyś miałam problemy, wolę więc mieć pewność. Wszystko w porządku.
Biegnę więc na USG w 3 DC aby sprawdzić, czy jest „czysto” na jajnikach.
Niestety. Pozostałości z cyklu poprzedniego. Stymulacji nie będzie.
Dostaję na jeden miesiąc antykoncepcję. … przygotowuję się do nowego cyklu….
Dwa lata i dwa miesiące.
Tylko tyle i aż tyle.
Ale wystarczy, by coś postanowić. Postanowiłam więc zaprzestać samodzielnego huśtania.
Może uzewnętrznienie emocji pozwoli mi nieco zniwelować różnicę pomiędzy szybkim lotem w górę i równie szybkim spadkiem w dół. Może w ogóle przestanę się huśtać?
jedno jest pewne:
MAM DOŚĆ!