poniedziałek, 23 lutego 2009

W górę i w dół – czyli historia mojej huśtawki

Wszystko zaczęło się dwa lata i dwa miesiące temu. Postanowiliśmy mieć dziecko. A zatem do dzieła!
Pierwszy miesiąc starań. Spóźniam się miesiąc. To musi być „to”. Siła podświadomości jest tak silna, że zaczynam mieć mdłości, choć to niemożliwe. W Wigilię robię test, z myślą włożenia dwóch kresek mężowi pod choinkę. Niestety kreska jedna

I tak kolejne miesiące.


Mija pół roku, postanawiam wybrać się do lekarza. Oceniamy cykl. Owulacja raz jest, raz jej nie ma. Bardziej nie ma niż jest. Namierzamy więc ten dzień, „celujemy” , czekamy na efekty… i nic.
Seks powoli przestaje być przyjemnością. Kochamy się na zawołanie, bo „teraz trzeba”, a nie wtedy, kiedy siebie pragniemy. ... Rzemiosło.

Dołuję się kolejne dni, tygodnie.

Mija rok.

Pani doktor zarządza stymulację, dodając radośnie: „spokojnie, będziemy w tej ciąży”. Biegnę więc radosna wykupić receptę, pełna nadziei karmię się Clostybegytem, zaliczając wszystkie skutki uboczne. Czuję się paskudnie. Mam mdłości, zawroty głowy, a do tego… huśtawka! Płacze bez powodu, ale co tam, przecież będę w ciąży, zaczynam się więc znów cieszyć. Ostatni dzień tabletek. USG co 2 dni, sprawdzamy jak rosną pęcherzyki. ..Kiedy dominujący osiąga 19 mm biegnę wstrzyknąć Pregnyl w tyłek, żeby pęcherzyk na pewno pękł.
I pękł.
Teraz Duphaston, na wzmocnienie drugiej fazy, żeby zarodek się ładnie zagnieździł…
Dzień kolejnej miesiączki powitałam płaczem. Wyłam co pięć minut.

Znajomi powtarzali – ach, ciesz się „wolnością” póki możesz.
Rodzina zaczęła się dopytywać o potomstwo. Komentarze teściowej przy każdym spotkaniu – tyle lat po ślubie, byście się wstydzili… Mama powtarzała „wyluzuj, jak odpuścisz, to na pewno się uda”.
A mnie zalewała krew, trafiał szlag i cholera wie co jeszcze…

Zbliżał się nowy cykl, a z nim nowa nadzieja.
Tym razem postanowiliśmy zbadać męża – wyniki na piątkę. Ufff…
Kolejna stymulacja. Kolejny Clostylbegyt, kolejny Pregnyl. Pęcherzyk tym razem nie pękł mimo zastrzyku.


Dół, płacz.


Ginekolog postanawia sprawdzić mój poziom hormonów. Robimy wszystkie możliwe badania. Wyniki niemalże idealne. Podwyższona prolaktyna – no to już wszystko jasne. Dostaję bromergon i z nadzieją ruszam w kolejny cykl.
Tym razem jednak po dwóch tygodniach dostaję miesiączkę. Biegnę znów do lekarza.
Raz, drugi, trzeci, piąty. Bezsilność doprowadza mnie do szału. A moja lekarka wydaje się być wróżką, karmiącą mnie na wyczucie i wymyślając różności.
Kiedy szłam z postanowieniem, że to ostatnia wizyta u niej, ona sama zaczęła rozmowę, że „nie ma na mnie pomysłu”.

Zmieniam lekarza.

Ruszam już prosto do kliniki leczenia niepłodności, dam się obejrzeć specjalistom. Trafiam do przemiłej pani, konkretnej i rzeczowej. Na pierwszej wizycie robi bardzo dokładny wywiad. Rozpisujemy plan działania. Czuję, że jestem dobrych rękach, wychodzę spokojna.

Na początek badanie drożności jajowodów. Dzielnie poddałam się wyjątkowo nieprzyjemnemu badaniu. Jest wynik: lewa strona niedrożna. Biegnę do domu, sprawdzam wydruki USG na cyklach monitorowanych – jest! Mam przyczynę, „strzelaliśmy” na niedrożną stronę.

Rozmawiam z lekarzem. Laparoskopia na razie odsunięta na dalszy plan. Lekarka utwierdza mnie w przekonaniu, że nie mamy gwarancji efektu, a póki co, możemy zadziałać lekami stymulując owu, „polując” na drożną stronę. Nawet, jeśli zejdzie nam dłużej. Ufam jej, postanawiam działać według jej zaleceń.

Jest bardzo ostrożna. Zanim poda lek stymulujący sprawdza, czy nie ma pozostałości z poprzedniego cyklu. Nie ma sensu truć się stymulatorami, jeśli są niepęknięte pęcherzyki tworzące torbiele.
Zbliża się kolejny nowy cykl. Biorę bromergon, sprawdzam na bieżąco wyniki, potwierdzam normy. Na wszelki wypadek kontroluję hormony tarczycy TSH, FT4, kiedyś miałam problemy, wolę więc mieć pewność. Wszystko w porządku.

Biegnę więc na USG w 3 DC aby sprawdzić, czy jest „czysto” na jajnikach.
Niestety. Pozostałości z cyklu poprzedniego. Stymulacji nie będzie.
Dostaję na jeden miesiąc antykoncepcję. … przygotowuję się do nowego cyklu….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz