niedziela, 14 czerwca 2009

Huśtawkowo

Czuję się lepiej, chyba zwiększona dawka luteiny i uspokajający telefon do lekarki pomogły.
Ale nadal brzuch pobolewa, mrowienie w piersiach zostało, a ja obsesyjnie się obserwuję. Obserwuję i proszę mój organizm, żeby mi nie robił niczego złego... żebym chociaż wytrwała te 10 dni jeszcze. A później będę myśleć co dalej.

Takie to wszystko wariackie i pokręcone. Wydawało mi się, że jak usłyszę, że "pęcherzyki pękły", pierwszy raz po tak długim czasie, to będzie ok... Ok - w sensie przekroczenia jakiegoś etapu, w końcu... Ale nie przewidziałam jeszcze schodów teraz. I tak strasznie mnie to denerwuje. Taka niemoc, bezradność i zależność od psotliwej natury. Niesprawiedliwe, moim zdaniem. Ale cóż, widocznie tak mi pisane. Będę,w miarę możliwości, cierpliwie czekać i cieszyć się z każdego dnia drugiej fazy cyklu... cóż mi innego pozostało;)

Teraz to mam dopiero huśtawkę... to też trochę wina mojego przewrażliwienia. Bo jak przez 2,5 roku było tylko pod górkę, to jak jest lepiej, to się boję, że się znów popsuje. Nawet teraz pisząc tego posta zawahałam się przed użyciem słowa "lepiej", tak jakby z obawy, że zaraz zapeszę.
Jakby to powiedział jeden mój kolega - "na psychę mi to wszystko siadło" ;) pewnie i siadło.

I na tym kończę 17 DC.... ;)

2 komentarze: