środa, 27 maja 2009

Po laparoskopii...

I już po wszystkim.
Wtorek przed to był dzień dodatkowego stresu – kiedy to trzeba było już być w szpitalu, zrobić kilka badań, przygotować się, a później czekanie…
Parę nerwowych łez w środowy poranek, potem już tylko „odlot” w żyłę i pobudka na OIOM’ie. Wiele z tego miejsca nie pamiętam, poza tym, że coś pikało, co chwilę ktoś podchodził, pytał jak się nazywam i spisywał parametry z urządzeń znad głowy i podłączał kolejne kroplówki. Po trzech godzinach przewieźli mnie na salę. Lekko kołowata, trochę obolała, z mdłościami i nowym nabytkiem w postaci trzech dziurek z supełkami – jedna w pępku, dwie poniżej. Zgrabne, nie będzie po nich śladu...
Kolejne trzy dni ciężkie, ruchowe ograniczenie, straszne wymioty i temperatura. W sobotę wyszłam do domu. Po 5 dniach niejedzenia na wadze -3 kilo. Na najbliższe dni dieta.

Ale to wszystko jest nieważne, zupełnie nieważne, ponieważ … udało się udrożnić moją lewą stronę! Przy okazji pani doktor zrobiła mi Elektrokauteryzację jajników, co ma szansę usprawnić pracę moich jajników w aspekcie owulacji. Oby.

Przyznam szczerze nie liczyłam na zbyt wiele, nie oczekiwałam niczego. Fakt, jakąś nadzieję miałam, w przeciwnym razie nie zdecydowałabym się na zabieg. A radość to dla mnie przeogromna i mimo wszystko niespodzianka. Aż się boję cieszyć. Boję się pomyśleć co dalej. Znam dalszy plan działania, mam wszystko omówione z moją panią doktor. Ale mam mega dystans do wszystkiego. Co pomyślę, że jestem w miarę „naprawiona” to przechodzi mi dreszcz po plecach z obawy czy nie schrzani się jeszcze coś. Chyba wolę nie myśleć. Nie chcę myśleć. I cieszę się z podjętej decyzji nie mówienia nikomu o tym, co się ze mną dzieje. Jestem dużo spokojniejsza. Nikt mnie nie dopytuje, nikt nie drąży, nikt nie docieka „co dalej , skoro już po zabiegu”.

Ciekawe swoją drogą co mi przygotował los. Ale czas pokaże.
A teraz jestem w domu do połowy czerwca i odpoczywam. I jest mi tu bardzo, ale to bardzo dobrze:) Czuję się całkiem przyzwoicie. Boli coraz mniej, rany goją się niemalże błyskawicznie. I tak ma być! ;)

PS. Dziękuję za kciuki:)

7 komentarzy:

  1. Ja trzymałam... Będzie dobrze. Powtórzę: "nie takie rodziły...". Ja jestem sama zadowolona ze swoich dzisiejszych małych i dużych sukcesów. Jeden z nich to taka ciąża, na którą nikt już nie miał nadziei. Pozdrawiam ciepło z dyżuru. Jak zawsze... I jaka tam od razu Pani Doktor. Kobieta taka jak i Ty, trzydziestka wystukana. Po prostu Kasia.

    OdpowiedzUsuń
  2. I ja też :) Trochę juz się niepokoiłam, co z Tobą.
    A teraz... trzeba spokoju i... powodzenia! :D
    Kamila

    OdpowiedzUsuń
  3. najgorsze, że pępek już nie ten :))))

    zuch dziewczyna.

    ps. jak nabierzesz sił to wiesz.... ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyobrażam sobie, że fajne to musi być uczucie, mieć takie małe i duże sukcesy jako lekarz. Bo pasja jako wykonywanie zawodu to jedno, a satysfakcja też musi być;) Mam nadzieję, że i ja będę kiedyś sukcesem mojej pani doktor;)

    Kamila - a Ty na jakim etapie jesteś? długo się staracie? Macie już jakiś konkretny plan działania?

    Asiula, a my się widzimy, mam nadzieję niebawem. Stęskniłam się za Wami, ...za Twoją córcią, co to prawie jak moja jest, zwłaszcza:)

    OdpowiedzUsuń
  5. W styczniu odstawiłam pigułki. A że też byłam przekonana, że te brak @ w lutym to ciąża, to pobiegłam do gina. Pierwszy gin psychol mnie nastraszył, dłuuugo opowiadał o moje bezpłodności, przeryczałam pół wieczora. Uciekłam do gina, który mnie przebadał od A do Z, nawet na oddział zaprosił do siebie. Miałam szczęście. PRL unormowana, TSH pod kontrolą - i cykl już 29 dni :) Teraz na 3 m-ce jestem na antykach, żeby zbić ostatniego (oby!!!) szkodnika - testosteron, a później - aby ksiązkowo się odbić i... zajść w tę ciążę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. To byłam ja, Kamila :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Kamila, trzymam kciuki za Ciebie, za Was! Obyście jak najszybciej "zaskoczyli" i nie musieli się stresować:)

    OdpowiedzUsuń