... tym tekstem rozbawił mnie dziś mój mąż, który z zegarkiem w ręku przybiegł o 18 do mych stóp, a właściwie uda, które miał kłuć;)
Znów przeżywałam jak wariatka. Że pierwszy raz zastrzyk samodzielny, czy zapamiętaliśmy obsługę tej dziwnej półautomatycznej strzykawki, czy nie przekręcimy miernika dawki o jedną miarkę w przód lub wstecz, czy małż właściwie wbije......
A on ze stuprocentowym spokojem, na luzie, strzykawa w łapę, cyk - ustawiona dawka, miejsce zdezynfekowane, cyk igła wbita, pstryk, płyn wstrzyknięty i po krzyku. Dżizes.. ;)
Jutro też będę przeżywać. To już chyba tak zostanie.
Ale jestem przeszczęśliwa, że nie muszę tego robić sama - na samą myśl robi mi się słabo.
A dwa.. taki efekt psychologiczny dla mnie, że to właśnie ON się w to włączył, że jest blisko i że współuczestniczy. Mogę jedynie powtórzyć: kochany mój.
Czuję się na razie ok. Trochę kołowata chodzę i na okrągło bym spała. Ale lepsze to niż wahania nastrojów i płacz. Niech więc tak zostanie.
Będę dzielna.
Trzeba zniknąć
10 miesięcy temu

Jesteś bardzo dzielna, kochana :* I mąż Twój też :D
OdpowiedzUsuń