Dziś nie jest nic lepiej. Wręcz przeciwnie.
Wstałam humorzasta, koło południa już trysnęły mi łzy.
Pomyślałam, trudno, skoro już same się cisną, to popłaczę.
Posiedziałam w łazience, popłakałam, później umyłam twarz, zrobiłam gorącą herbatę - zawsze
mi dobrze robi "na płacz". Usiadłam w pokoju i schowałam głowę w kubku z herbatą, żeby mąż
nie widział. Ale łzy lały mi się do tej herbaty, więc się nie udało.
Skoro już zauważył liczyłam na jakieś przytulenie. Ale nie. Mąż się wściekł,
że tyle rozmawialiśmy, że miałam być spokojniejsza i "jak on ma ze mną rozmawiać, żeby
choć raz było inaczej". No nieee, tego już za wiele. Trzasnęłam drzwiami od sypialni,
padłam na kołdrę i wyłam jak dzik. Wziełam tabletkę na uspokojenie, pobeczałam
kolejne kilka minut i zasnęłam nie wiem kiedy. Obudziło mnie głaskanie po twarzy.
Zreflektował się... Trochę pomogło.
I chodzę jak zbity pies przez cały dzień. Miałam tyle super planów na dziś
i nic nie zrealizowałam, oprócz minimalnego nadrobienia zaległości książkowych. W sumie dobre i to...
Muszę coś ze sobą zrobić. Dziś i w ogóle.
Dziś - siadam w moim "poddaszowym atelier" i będę dłubać;) włączę ulubioną płytę i może uda mi się w tym wszystkim utopić głowę. Zwykle pomagało.
A w ogóle - pora na ruch. Ostatnie miesiące na hormonach nie zrobiły mi dobrze - ani pod względem zdrowotnym nie pomogły, a i ciało zdeformowało się nieco... Obiecuję sobie od dłuższego czasu coś z tym zrobić i ciągle coś. Od wtorku ruszam na rolki. Tak na początek.
A dalej będę myśleć. I działać oczywiście:)
Trzeba zniknąć
10 miesięcy temu
