piątek, 5 czerwca 2009

Bąbolada... ;)

Piątek, piąty czerwca, nasza piąta rocznica ślubu, dzień na piątkę.

Mąż rano przed wyjściem do pracy mówi: zadzwoń, jak wyjdziesz od lekarza, ciekawy jestem co tam urosło, jestem pewny, że Twoim brzuchu jest bąbolada;) Poczym dodał z rozpychającą go dumą: widzisz, już w końcu kumam, o co w tym wszystkim chodzi! Ach, co ja bym bez tego mojego wariata:)

Jestem po kontroli – aż by się chciało taśmowo powiedzieć: wyhodowałam pięć pęcherzyków;)
Ale nie jestem aż tak zachłanna – zadowalam się dwoma trzynastomilimetrowcami. Jeden po lewej, drugi po prawej. Bardzo się zadowalam. Dostałam jeszcze receptę na kolejne zastrzyki – do poniedziałku i w poniedziałek kontrola. Trochę zamieszania, bo pojedyncze dawki to „pięćdziesiątki” i nie są to już naboje do pena. Oznacza to wersję kombinowaną – w penie mam jeszcze 0,75 zatem do poniedziałku mam 0,25 z pena + 0,50 ze zwykłej strzykawy. Dwa kłucia, ale już trudno. Kupiłam najcieńsze igły jakie były w aptece i jakoś damy radę z moim osobistym pielęgniarzem. Endometrium też nienajgorsze – 6mm na początek może być.

Przyjęłam postawę asekuracyjną. Tak strasznie się boję myśleć co będzie (żeby się nie denerwować, lub ewentualnie nie zapeszyć), że trzymam się wydarzeń bieżących nie wykraczając nawet o jeden dzień w przód. Przyłapałam się na tym jak sprawdzałam dzień cyklu w kalendarzu. Zaznaczam każdy dzień dopiero jak otworzę kalendarz. Dawkę zastrzyku notuję po jego podaniu. Podzieliłam sobie to wszystko na etapy. Na razie doglądam dalej mojej hodowli, zobaczymy co tam ładnego wyrośnie i wtedy będę zajmować głowę dalszym etapem.

A tymczasem zmykam, małż w drodze, zapowiedział porwanie na jakąś rocznicową kolację, muszę się więc troszkę wypacykować. Do poniedziałku!