poniedziałek, 28 grudnia 2009

Róż z kokardkami na zakończenie roku...

bije po oczach, co? trochę może niepoważne;) ale lubię różowy kolor. Kokardki też. I mam do nich skłonności. Nobliwe są jak mi to kiedyś J. powiedziała;)
Mam cos z dziecka chyba. Ale zachciało mi się czegos weselszego i czegos co lubię, więc mam.

Mam za sobą najgorsze swięta w moim życiu.
Najtrudniejsze, najsmutniejsze. Ciężko było udawać przed rodziną, że wszystko w porządku, skoro nie jest.Nie złożyłam prawie nikomu życzeń - nie umiałam się w tym wszystkim odnaleźć. Nie miałam ochoty na radosne telefony i życzenia "wesołych świąt" skoro po policzkach nieustannie mi łzy kapały, wesoło mi nie było. Ale mam to wszystko za sobą, uffff.
A moja mama znów okazała się najkochańszą osobą na świecie. Widziała, że coś się dzieje niedobrego, ale ani przez sekundę nie okazała żadnych emocji w tym kierunku. Zdolna z niej aktorka swoją drogą.

W domu mamy obecnie sytuację pt. "dwa do przodu jeden w tył". Jak już jest jakiś progres, to później znów jakiś marazm dopada mojego męża. Niemniej jednak od powrotu męża osiągnęliśmy m.in. to, że się przytula,że mówi "kocham", choć nie za często i ... zwykle na moje zapytanie. Przećwiczyłam na Nim już najróżniejsze metody oddziaływania - skuteczna jest jedna - im bardziej go ignoruję, tym on bardziej się mną interesuje.
Proste jak drut, jak mózg faceta. Wszystkie "mąrde" książki, z których różną wiedzę posiadłam o tym piszą. Ale żeby babka do tego doszła i potrafiła wdrożyć też potrzeba czasu, cierpliwości i zawzięcia. I wtedy się okazuje, że to wcale nie jest takie proste. Jak mózg babki;)

.. ale tę metodę muszę sobie utrwalać na bieżąco. Bo jak raz zadziałała i się poczułam lepiej, zaczęłam go na nowo "osaczać" i tym sposobem mam znów krok w tył. Przypadł on mi na święta właśnie. Ciężko mi było znieść fakt, że po kilkunastu dniach całkiem dobrej komunikacji mój mąż znów stał się kukłą. Siedemdziesięcioma dwoma kilogramami miękkiego ciała bez wyrazu. Doprowadzało mnie to do szału, takiego szału, że dziś myślałam, że otworzę szafkę i wytłukę wszystkie szklanki. I stał się cud. Przecież w moim klubie fitness znów są zajęcia pomyślałam, nie ma świąt.. Wróciłam jak nowa. 60 minut wyłączonego mózgu, wyskakanego stresu w rytm ulubionej muzyki. Uzależniłam się od tego, to jest pewne, ale jeśli tak to na mnie działa, to mogę być uzależniona.
Po trzech dniach nieustannej domowej męczarni wkroczyłam znów wyprostowana z "bananem" na twarzy, aż mąż uniósł głowę znad książki. Mówiłam, cud;)

Na szczęście w tym lepszym czasie zdążyliśmy zaplanować czas Sylwestrowy.
Nie nadajemy się na radosną zabawę, ale siedzenie w domu to też zły plan.
Jedziemy więc na narty, witamy Nowy Rok na Stoku. Strasznie się cieszę.

30 grudnia wyjeżdżamy. I 30 grudnia mija 10 lat jak jesteśmy parą. Jak dziś pamiętam, jak po pierwszym roku mój m., a ówczesny chłopak powiedział: powinniśmy co roku liczyć na nowo,
żeby zawsze było świeżo. Nie wdrożyliśmy tego. Może tym razem? Może to dobra
okazja na Nowy Początek?

Kończę. To już zbyt długi wpis...
... ale pewnie będzie to ostatni w tym roku, więc... choć kiepska jestem w życzeniach to:
Na Nowy Rok wszystkiego, co najlepsze Wam wszystkim:)
Niech każdy dzień będzie szczęśliwy, słoneczny i dobry.
Podczytywaczkom "polującym na jajka" dodam jeszcze "i płodny", a każdy test z dwiema kreskami ;)
Joanno - Tobie dziękuję za prowokację do pisania, lubię to:)

Pa, do napisania :)

2 komentarze:

  1. Kochanie ... a zresztą.. :) juz piszę maila.

    Róż z kokardkami baaardzo ;) Cała TY :**

    OdpowiedzUsuń
  2. Męczące te damsko - męskie gry i przeciąganie liny. Kiedyś wydawało mi się, że dobry związek to taki, w którym nie jest to już potrzebne, w którym można poczuć się bezpiecznie bez takich tam właśnie. Ale to chyba niemożliwe. Rozumiem kobiety, które rezygnują z męskiego "elementu" w swoim życiu;-)

    Miłego zaczynania Od Początku...

    OdpowiedzUsuń